Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Bałagan w papierach

Treść

- Za bezpieczeństwo sieci internetowej formalnie odpowiadał jej administrator, czyli dyrekcja szpitala - twierdzi oskarżany przez prokuraturę informatyk

Były szpitalny informatyk oskarżany o to, że nie wywiązał się z obowiązku wprowadzenia systemu zabezpieczeń, uniemożliwiających kradzież danych osobowych pacjentów, utrzymuje, że jest niewinny. Po odejściu jego współpracownika, który zajmował się budową programu monitorowania ruchu chorych w lecznicy, nikt formalnie nie scedował na niego tych obowiązków.

Przypomnijmy, że sprawa dotyczy opisywanej przez "Dziennik Polski" afery, związanej z ujawnieniem w internecie danych osobowych 270 tys. mieszkańców Sądecczyzny. W ich posiadanie wszedł 18-latek, serfujący po internecie. Bez trudu skopiował pliki i umieścił je, na będącej w budowie, stronie jednej z sądeckich telewizji kablowych. Gdy do tego doszło, informatyk, który zajmował się budową systemu analizującego losy pacjentów leczonych w szpitalu, już tam nie pracował. Odpowiedzialnością za zaistniałą sytuację obarczono więc jego kolegę, który - jak ustalił biegły, powołany przez prokuraturę, - miał zadbać o bezpieczeństwo sieci. Kłopot w tym, że formalnie za sieć odpowiadała wówczas dyrekcja szpitala, która miała stworzyć politykę bezpieczeństwa informatycznego. Takiej polityki jednak wówczas nie było.

- Ja zajmowałem się wyłącznie wewnętrzną siecią, dotyczącą dyrekcji, kadr i administracji - mówi oskarżony informatyk. - Prócz niej funkcjonowała także druga, stworzona przez techników z oddziału nefrologii, dostarczająca internet do szpitala. Ja nie miałem nawet dostępu do serwera.

To do tej właśnie sieci przekopiował dane sądeczan poprzedni informatyk. Pracy nad oprogramowaniem, umożliwiającym badanie przepływu pacjentów przez poszczególne oddziały, nie ukończył, bo w ramach restrukturyzacji zwolniono go z pracy. W aktach sprawy znajduje się, podpisane przez obecnego dyrektora szpitala Artura Puszko, pismo, z którego wynika, że ambitny informatyk przyniósł do lecznicy bazę danych "niewiadomego pochodzenia". Złośliwi twierdzą, że teraz oskarża się człowieka o to, że nie zdołał zapobiec przejęciu przez osobę postronną nielegalnych plików, które w ogóle nie powinny były znaleźć się w szpitalu.

- Prawdopodobnie postępowanie zostanie warunkowo umorzone - uspokaja Jarosław Łukacz z Prokuratury Rejonowej w Nowym Sączu. - Wydaje się to być naturalne w sytuacji, gdy sąd wyraził zgodę na warunkowe umorzenie sprawy mężczyzny, który skopiował dane i umieścił je w internecie. Zwłaszcza, że nie doszło do działania umyślnego, a zabrakło jedynie właściwego zabezpieczenia sieci.

Dodajmy, że niedawno przystąpiono do budowy profesjonalnego programu, monitorującego przepływ pacjentów przez poszczególne oddziały szpitala. Ma on posiadać wszystkie wymagane zabezpieczenia, zgodne z ustawą o ochronie danych osobowych.

(SZEL)
"Dziennik Polski" 2006-08-04

Autor: ea