Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Cały Twój

Treść

NOWY SĄCZ. O nadziei, ufności i świadectwie prawdy jaką dał światu Jan Paweł II mówił w WSB-NLU ks. kardynał Franciszek Macharski

- Trzeba nam wszystkim takiej nadziei, by odchodząc powiedzieć jak papież: pozwólcie mi wrócić do domu Pana - mówił ks. kardynał Franciszek Macharski podczas czwartkowego spotkania w nowosądeckiej WSB-NLU. Zapoczątkowało ono uroczystości związane z obchodami pierwszej rocznicy śmierci Jana Pawła II.

Kardynał Macharski przyjechał do Nowego Sącza na zaproszenie rektora WSB-NLU Krzysztofa Pawłowskiego i ks. Roberta Więcka, prowadzącego Duszpasterstwo Akademickie "Strych" przy kościółku kolejowym. Dyskusję poświęcono Janowi Pawłowi II - świadkowi nadziei. Zarówno temat, jak i osoba prelegenta przyciągnęły do auli WSB-NLU setki słuchaczy, którzy zajęli nie tylko wszystkie miejsca siedzące, ale także parapety i schody. Z ust kardynała usłyszeli wiele cennych prawd związanych z postawą Karola Wojtyły wobec spraw najważniejszych. Świadectwo jego cierpienia stało się fundamentem nadziei, która powinna wzmocnić każdego z nas.

- Można powiedzieć, że w przypadku papieża wszyscy mieliśmy nosa - stwierdził kard. Franciszek Macharski. - Kolejne lata jego pontyfikatu potwierdzały niezwykłą bliskość z Bogiem. Ludzie to zrozumieli, czego dowodem były transparenty z apelem "Santo Subito", natychmiast święty. Nikt wtedy nie miał wątpliwości, że odszedł człowiek, którego życie potwierdziło jego świętość. Takiego nosa miał kiedyś apostoł Jan na łodzi pływającej po jeziorze Genezaret. Jezus stanął wtedy na brzegu i widząc, że rybacy mają kiepski połów zasugerował im, gdzie mają zarzucić sieć. Z dużej odległości rozpoznał go Jan, który oznajmił "To jest Pan". Wtedy Piotr wskoczył do wody i przepłynął kilkaset metrów do brzegu, na którym stał Chrystus. Każdy z nas może być takim Szymonem Piotrem. Każdy, słysząc taką wiadomość, może ruszyć w drogę ku Prawdzie.

Smutna refleksja przyszła w momencie, gdy ks. kardynał zadał kluczowe pytanie - co zostało dziś po wielkim uniesieniu milionów ludzi przeżywających ostatnie dni, a następnie śmierć wielkiego papieża. Szybko sam sobie na nie odpowiedział i była to gorzka odpowiedź.

- Nic z tego nie zostało - uważa kard. Franciszek Macharski. - Wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się dokoła. Na wszystkie te niegodziwości, kłótnie, nieprawości. Chociaż jest nadzieja. W końcu nawet słomiany ogień daje ciepło, poza tym może spowodować naprawdę duży pożar. Wtedy, gdy Ojciec Święty odchodził do domu Pana, byliśmy świadkami takiego właśnie słomianego zapału. Nie pojechałem wtedy do Rzymu. Stwierdziłem, że lepiej zostać po tej stronie okna, w którym On już nie stanie. Wtedy ustawiłem tam krzyż, czerwony, w kolorze męki. Nie mogłem zostawić ludzi, musiałem z nimi być.

- Jestem przekonany, że mimo wszystko ten słomiany ogień odcisnął niezatarte piętno w ludzkich sercach - sugerował rektor Krzysztof Pawłowski. - Mówię to na przykładzie tego, co przeżyliśmy tutaj, w naszej szkole. Pamiętam, że w dniu śmierci Jana Pawła II po raz pierwszy ogłosiłem godziny rektorskie. Nie było zajęć. Bałem się, że studenci po prostu pójdą do domu, wykorzystają jakoś ten wolny czas. Tymczasem zostali wszyscy. Takich tłumów, takiej ciasnoty, nigdy wcześniej w WSB nie było. Ludzie czuli, że w tej wyjątkowej chwili powinni być razem. Na nasze czuwanie przyszli wtedy nawet Chińczycy. Do końca nie rozumieli, że są świadkami historycznej chwili, ale mieli głębokie przekonanie, iż trzeba czuwać razem z innymi.

- I na tym właśnie to polega. Ten ogień został nam dany. Problem w tym, żeby go nie zmarnować, nie zagasić w sobie - podsumował ks. kard. Franciszek Macharski.

PAWEŁ SZELIGA

żródło: "Dziennik Polski" 2006-04-01

Autor: mj