Częściowo bezpłciowo
Treść
NOWY SĄCZ. "Płeć przeciwna" oraz "John i Marry" na festiwalu teatralnym
Piątek i sobota na IX Jesiennym Festiwalu Teatralnym w Nowym Sączu wypełniły dwie grające pary: Zofia Merle z Markiem Perepeczko oraz Tomasz Mędrzak z Agnieszką Sitek. Rozprawiali, osobno, w dwóch różnych sztukach, o dominacji płci i męsko-damskich podchodach.
Pierwszy duet, mając do dyspozycji błahą, choć zręcznie napisaną sztuczkę Marka Rębacza, wyszedł z tego pojedynku zwycięsko, pozostawiając w pobitym polu dyrektora Teatru Ochoty ze swoją dużo młodszą pracownicą Agnieszką Sitek. Sprawiali wrażenie, jakby nie wiedzieli, co zrobić z przykrojonym do potrzeb sceny bestsellerem Jonesa "John and Marry": być bardziej prywatnie, czy zbudować jakąś rolę. W rezultacie było nudno i raczej bezpłciowo.
W "Płci przeciwnej" Rębacza mamy środek lasu, namiot z resztkami odzieży jakiejś raczej młodej dziewczyny. Starszy mężczyzna, szukając właścicielki, wpada w sidła na grubego zwierza. W chwilę później zjawia się partnerka do dialogu, równie przekonująca posturą, do której nie sposób dopasować drobnych rozmiarów bieliznę. Zamiast go ratować, zaczyna pogaduchy filozoficzne o tym, ile w chłopie jest z baby i - powiedzmy - na odwrót. Okoliczności przyrody są w gruncie rzeczy całkowicie abstrakcyjne. Merle i Perepeczko tworzą przy tym zabawny, sympatyczny duet.
Starsi ludzie, zagubieni w życiowej puszczy, mają na tyle doświadczeń, by z nich czerpać garściami. Grają przed sobą kolejne role, by w końcu dojść do wniosku, że jedno bez drugiego obejść się nie może.
Do podobnej konkluzji można by sprowadzić odegrany scenariusz spektaklu "John i Marry". Młoda dziewczyna trafia po zabawie na noc do przypadkowo spotkanego mężczyzny. Rozwija się między nimi głębsze uczucie, choć trzeba się tego raczej domyślać z tekstu, niż z aktorskiej roboty. Sądecki "Ożenek" komentowano, że dorasta aktorstwem do teatru zawodowego. W przypadku Mędrzaka i Sitek trzeba powiedzieć, że trącą amatorstwem. Nie budują ról, z każdego gestu wyziera niezdecydowanie co do tego, kim właściwie dla siebie są. Bardziej opowiadają o swoich uczuciach, niż je pokazują. Przedstawienie jest nudne, watowane sztucznymi zachowaniami. W zapowiedziach repertuarowych na stronie internetowej Teatru Ochoty można przeczytać, że jest to spektakl z niespodzianką. Faktycznie, taka była na pierwszym spektaklu o godzinie 17. Tomasz Mędrzak przerwał spektakl, zrugał na całą salę dziennikarza gazety za to, że robił zdjęcia. Robił je faktycznie dość natarczywie, z czego jest znany, ale reakcja aktora była niewspółmiernie ostra. Po spektaklu zmitygował się i przeprosił.
W kuluarach na przerwie perypetie Johna i zdybanej do łóżka na noc Marry zeszły na drugi plan. Komentowano jedynie akcję niegdysiejszego Stasia Tarkowskiego z "W pustyni i w puszczy", po której jego obecna Nel mało nie dostała febry. Opinie były podzielone płciowo, bo ponoć aktor robi wrażenie na kobietach.
Spektakl "John i Marry" zastąpił "Pułkownika Ptaka", którego nie dało się wystawić po nagłej śmierci Janusza Bukowskiego, kreującego jedną z głównych rol. Szef artystyczny festiwalu, Janusz Michalik, podziękował zarówno zespołowi teatru warszawskiego za uratowanie dnia festiwalowego, jak i widowni, że zaakceptowała nogami tę zmianę, przychodząc w "hołdzie zmarłemu" do teatru.
Można też było zagrać sztukę w hołdzie koledze, cierpliwie znosząc, bez awantur, natarczywość prowincjonalnego paparazzi, prawda dyrektorze?
(WCH)
"Dziennik Polski" 2005-10-10
Autor: mj