Gole dla rodziców
Treść
"Dziennik Nowosądecki" rozmawia z Dawidem Janczykiem, piłkarskim wychowankiem Sandecji, obecnie piłkarzem Legii Warszawa, który jest gwiazdą Młodzieżowych Mistrzostw Europy rozgrywanych na stadionach Wielkopolski
Czy kiedy strzelał Pan Belgom kolejne bramki, przemknęło choć przez chwilę Panu przez głowę, że sprawia tym ogromną radość sądeckim kibicom?
- To nie jest odpowiedź przymierzona do miasta, w którym ludzie przeczytają ten wywiad i można mi wierzyć lub nie, zapewniam jednak, że kiedy piłka po moich uderzeniach lądowała w siatce rywali cieszyłem się, że widzą to moi rodzice. Zdawałem sobie sprawę, że w pierwszym meczu - z Austrią - zawiodłem, czym z pewnością rozczarowałem mamę i tatę. Bardzo zależało mi zatem na zatarciu tego niezbyt korzystnego wrażenia. Udało się i jestem z tego powodu niezmiernie szczęśliwy.
Co wpłynęło na słabszą postawę Dawida Janczyka w meczu inaugurującym występy Polaków w mistrzostwach Europy?
- Usztywniła mnie świadomość, że mecz z trybun obserwuje nowy selekcjoner naszej pierwszej reprezentacji Leo Beenhakker. Chyba za bardzo chciałem zwrócić na siebie uwagę. No i wyszło tak, jak wyszło. Krótko mówiąc - klapa. Na szczęście udało się nam zmobilizować do meczu z Belgami, w którym Polakom nie dawano już większych szans na wygraną. Trzykrotnie pokonywałem bramkarza rywali, chyba w znaczący sposób przyczyniając się do zwycięstwa naszej drużyny.
Po tym spotkaniu wspomniany trener Beenhakker miał się ponoć wyrazić, że Smolarek wraz z Janczykiem to dla niego atak przyszłości naszej "dorosłej" reprezentacji...
- Naprawdę? To bardzo miłe, ale znam swe miejsce w szeregu i wiem ile mi jeszcze brakuje do klasy choćby właśnie Smolarka. Nie ukrywam jednak, że debiut w narodowej jedenastce jest dla mnie celem nadrzędnym.
Nie załamał Pana pech, który go dopadł w przededniu wyjazdu na finał mistrzostw świata do Niemiec? Przebolał już Pan ten niefart?
- Powołanie do kadry trenera Janasa spadło na mnie tak nagle, że właściwie nie miałem czasu, by się nim nacieszyć. Nie zdążyłem po prostu przyzwyczaić się do myśli, że mam szanse wyjazdu na Mundial. Kontuzji oraz w jej konsekwencji absencji w kadrze na Niemcy właściwie więc w ogóle nie opłakiwałem. To zresztą już historia. Przecież za cztery lata kolejne mistrzostwa świata.
Właśnie, łatwiej znaleźć się na nich, będąc zawodnikiem sławnego klubu z zachodu Europy...
- Wiem, do czego pan zmierza. Nie, nie podniecam się tymi rewelacjami o chęci pozyskania mnie przez drużyny z Anglii. W moim imieniu działa menedżer Jerzy Kopiec, poza tym nie sądzę, by Legia w przededniu Ligi Mistrzów chciała się pozbywać swych zawodników. Owszem, słyszałem i o Liverpoolu, i o Tottenhamie, także i o innych zespołach, wysłannikom których wpadłem w oko, ale nie po to przed kilkunastoma miesiącami podjąłem walkę o miejsce w stołecznej jedenastce, by teraz tak nagle odchodzić. Koncentruję się na mistrzostwach Europy. Dzisiaj moim największym pragnieniem jest przyłożenie ręki do medalu naszej ekipy. Co będzie później - czas pokaże.
Nie wyklucza Pan jednak ewentualności wyjazdu na Zachód?
- Jeśli "złapię" się w wyjściowej jedenastce Legii, to nie będzie o nim mowy. W przypadku, gdybym miał z tym pewne kłopoty, pewnie zastanowiłbym się i nad wyjazdem. Na razie jednak nie ma co gdybać. Przed Legią mecze o awans do grupowej fazy Ligi Mistrzów. W środę drużyna zagra, mam nadzieję, że bez mojego udziału, z Islandczykami i liczę, że pokona pierwszą przeszkodę. Użyłem sformułowania "mam nadzieję", bowiem chciałbym, by w tym samym czasie młodzieżowa reprezentacja Polski wciąż uczestniczyła, ze mną w składzie, w mistrzostwach Europy.
Podtrzymuje Pan wyrażoną kilka tygodni temu opinię, że stać was na medal?
- Istotnie, w rozmowie z "Dziennikiem Polskim" powiedziałem, że mierzymy w "złoto". Nie zmieniam tego zdania. Jeśli uda nam się w niedzielę wygrać z Czechami (wynik tego spotkania znajdą Państwo w "Dzienniku Sportowym" - przyp. d.w.), pozostanie nam zwyciężyć jeszcze tylko w dwóch meczach, by wywalczyć mistrzostwo Europy.
W trakcie potyczki z Belgami nabawił się Pan urazu nogi. Czy to coś poważnego?
- Rozmawiam z panem w pozycji horyzontalnej, z leżanki w pokoju zabiegowym, gdzie poddawany jestem czynnościom rekonwalescencyjnym. Rzeczywiście uszkodziłem kostkę, ale nie sądzę, by ten uraz uniemożliwił mi dalszy udział w mistrzostwach. W meczu z Czechami wystąpię na 80 procent.
Zarówno w spotkaniu z Austrią, jaki z Belgią, poczynał sobie Pan trochę nerwowo. Z Austriakami wdał się Pan w przepychanki, z Belgami niepotrzebnie zarobił żółtą kartkę. Skąd ta porywczość?
- Biję się w piersi. Ta żółta kartka była idiotyczna i rację miał trener Michał Globisz, że mnie za nią publicznie zbeształ. Za bardzo angażuję się w wydarzenia na boisku, czasem górę nad rozsądkiem biorą emocje. Cóż, taki już mam zadziorny charakter. Po prostu: góralski temperament. Ale obiecuję, że będę starał się panować nad sobą.
Woda sodowa zatem nie grozi?
- O to może być Pan spokojny. Być może na boisku sprawiam wrażenie gościa pewnego siebie, w gruncie rzeczy jednak pozostaję skromnym chłopakiem z Nowego Sącza. Wielki świat w głowie mi nie zawrócił. I jestem pewien, że nie zawróci.
Kogo chciałby Pan w Nowym Sączu pozdrowić? Nie wiem, czy dotarło do Pana, że komentator Eurosportu podczas meczu z Belgią kilkakrotnie podkreślił, że jest Pan wychowankiem Sandecji. Sprawiło to sądeckim sympatykom futbolu sporą satysfakcję...
- Naprawdę bardzo się z tego cieszę. Proszę napisać, że bramki dedykuję swoim rodzicom. Są oni moimi najwierniejszymi, najszczerszymi kibicami. A pozdrawiam kolegów, szczególnie najlepszego przyjaciela Grześka Kuliga. Także nauczycieli z "budowlanki", kibiców Sandecji, a przede wszystkim Czytelników "Dziennika Polskiego". Wasza gazeta jest ze mną od początku mej przygody z piłką. Zawsze była mi życzliwa. Ja o tym nie zapominam.
Rozmawiał: Daniel Weimer
"Dziennik Polski" 2006-07-24
Autor: ea