Grozi nam "świńska górka"
Treść
Właściciele stad trzody chlewnej z niepokojem patrzą na to, co dzieje się z cenami skupu wieprzowiny. Mięso tanieje z tygodnia na tydzień. To efekt wzrostu podaży. Ale mimo wszystko jest nadzieja, że nic się nie zmarnuje z 2 mln ton mięsa. Większość zjemy sami, resztę może uda się wyeksportować. Informacje o spadających cenach mięsa wieprzowego napływają ze wszystkich regionów kraju. Ludzie z branży nie są tym specjalnie zaskoczeni, ponieważ spodziewali się podobnych tendencji. To efekt pojawiających się od dawna doniesień, że rośnie produkcja żywca. Szacuje się, że w tym roku rolnicy wyprodukują około 2 mln ton tego najpopularniejszego w Polsce mięsa. Byłaby to największa ilość od 2003 roku. Dlatego ceny spadają. Sytuacja w sektorze wieprzowiny zawsze była skomplikowana. Rynek niestety jest mocno rozregulowany, okresy koniunktury przeplatają się z czasami kryzysu. Zazwyczaj gdy rośnie produkcja, spadają ceny, a gdy rolnicy z tego powodu zmniejszają liczebność stad, mięsa jest na rynku mniej i jego ceny idą w górę. Teraz ten mechanizm znowu zaczyna działać: przez długi czas hodowla świń była opłacalna, przybywało więc w chlewniach prosiąt, stąd mamy do czynienia z efektem wzrostu produkcji mięsa. Dlatego zamiast ponad 4 zł za kilogram pod koniec roku rolnicy będą dostawać średnio nieco ponad 3,5 złotego. Tak przynajmniej twierdzą analitycy rynku mięsnego. Dodają oni, że z kolei wiosną przyszłego roku nastanie u nas "świński dołek" i ceny zaczną rosnąć. Bo taka jest po prostu podstawowa reguła rządząca tym rynkiem. W przeciwieństwie jednak do poprzednich "świńskich górek" nie słychać głośnych protestów rolników. Przede wszystkim dlatego, że choć ceny zaczęły spadać, to nie osiągnęły jakiegoś dramatycznie niskiego poziomu. To, co rolnik dostaje, jeszcze pozwala na pokrycie kosztów produkcji. Gorzej by było, gdyby dotknęły nas ostre spadki cen, gdyż wtedy hodowcy musieliby dokładać do interesu. - Gdyby rzeczywiście do końca roku utrzymały się mniej więcej takie ceny jak teraz lub niewiele niższe, to moja sytuacja byłaby całkiem dobra - przyznaje Zbigniew Brodziak z Kujaw, właściciel średniej wielkości specjalistycznego gospodarstwa z trzodą chlewną. - To byłby poziom gwarantujący pokrycie kosztów hodowli i dający nieduży zarobek. Ponadto do hodowców docierają też informacje o dobrych wynikach w eksporcie polskiego mięsa. Mimo wielu kłopotów sprzedaż wieprzowiny za granicę wzrosła w tym roku o 15 tys. ton. Część nadwyżek została z rynku zdjęta, dlatego presja cenowa na obniżki jest nieco mniejsza. Tymczasem zakłady przetwórcze cały czas narzekają na nieuczciwą konkurencję ze strony firm produkujących wyroby mięsne w tzw. szarej strefie. Nielegalne ubojnie i zakłady mięsne wprowadzają na rynek nawet 10 proc. wyrobów mięsnych, które spożywają Polacy. Stowarzyszenie Rzeźników i Wędliniarzy RP alarmuje, że sytuacja ta zaczyna uderzać w legalnie działające firmy. Są bowiem targowiska, a nawet zwykłe sklepy, gdzie większość towaru pochodzi z nielegalnego źródła. Ludzie te produkty kupują, gdyż takie mięso czy wędlina są po prostu tańsze. Firma, która działa bez rejestracji, nie musi się martwić o spełnienie wielu norm weterynaryjnych i sanitarnych, które są obowiązkowe dla legalnych zakładów. Często w "dzikich" przetwórniach zatrudnia się ludzi na czarno, toteż koszty produkcji jeszcze bardziej spadają. Producenci interweniują, ale jak dotąd sanepid i służby weterynaryjne nie osiągają znaczących sukcesów w walce z tym zjawiskiem. KL, "Nasz Dziennik" 2006-10-11
Autor: ea