Jesteśmy niewinne!
Treść
Wczoraj rozpoczął się proces trzech byłych likwidatorek Spółdzielni Inwalidów "Limanowianka". Dwie z nich składały obszerne wyjaśnienia. Obie nie przyznały się do zarzucanych im czynów.
Prokurator Grzegorz Jędrzejek oskarżył trzy kobiety, które były likwidatorkami spółdzielni, a wcześniej wchodziły w skład zarządu, m.in. o niedopełnienie obowiązków przy sprzedaży nieruchomości, maszyn i materiałów należących do "Limanowianki", łamanie praw pracowniczych w sposób złośliwy i działanie na szkodę wierzycieli.
Spółdzielnia, będąca zakładem pracy chronionej, została w roku 2001 uchwałami dwóch nadzwyczajnych walnych zgromadzeń postawiona w stan likwidacji. 20 grudnia 2001 r. ówczesne likwidatorki, kierując się decyzją Rady Nadzorczej, sprzedały znaczną część majątku "Limanowianki" właścicielowi sądeckiej firmy "Igell" - B.J. Ten miał wpłacić 1 mln zł. Ostatecznie jednak uregulował tylko 300 tys. zł, które w dużej części zostały przekazane pracownikom z tytułu zaległych wynagrodzeń. Nieco później ten sam przedsiębiorca nabył też maszyny, urządzenia i materiały, za które - zdaniem prokuratury - także nie zapłacił. Osobny proces przeciwko temu biznesemenowi i kilku innym osobom zakończył się w roku 2004 wyrokami skazującymi. Obrońcy złożyli apelacje.
Wczoraj w pierwszej części rozprawy wyjaśnienia przez ponad 3,5 godziny składała J.P. Nie przyznała się ona do zarzucanych jej czynów. Powiedziała m.in., że kiedy w roku 2000 objęła funkcję społecznego członka Zarządu "Limanowianki", sytuacja finansowa spółdzielni była już katastrofalna (straty - ponad 859 tys. zł). Trzy panie próbowały ratować ten zakład, zatrudniający ponad 250 pracowników, w większości inwalidów. Wystąpiły m.in. do Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych o pomoc finansową na restrukturyzację, na oddłużenie i zakup materiałów. Po załatwieniu niezbędnych formalności, otrzymały w styczniu 2001 r. zapewnienie o przydzieleniu 1,9 mln zł.
PFRON przekazał pierwszą transzę w wysokości 500 tys. zł. Zdaniem J.P., niezgodnie z prawem te środki przejął na poczet wierzytelności komornik. Pięć miesięcy trwało sądowe dochodzenie zwrotu pieniędzy. Ten czas sprawił, że sytuacja firmy stała się tak zła, że dwa walne zgromadzenia członków musiały podjąć decyzję o jej likwidacji. J.P. kilka razy podkreślała, że swoją funkcję pełniła społecznie, pobierając z tego tytułu jedynie miesięcznie 300 zł. Akcentowała, że członkinie zarządu (a później likwidatorki) wykonywały uchwały Rady Nadzorczej, że pracę spółdzielni nadzorował kierownik, że kalkulacje kosztów mieli sporządzać odpowiedni pracownicy. Tłumaczyła, że wybór firmy "Igell", wynikał z tego, iż w opinii pracowników PFRON ona jedyna złożyła spełniającą wszelkie wymogi ofertę. Za takim rozwiązaniem opowiedziała się Rada Nadzorcza i grupa 81 pracowników, którzy podpisali się na liście rozesłanym m.in. do prasy. J.P. nie potrafiła wczoraj odpowiedzieć na szereg pytań prokuratora.
Kiedy przygotowywaliśmy "Dziennik" do druku, na sali w limanowskim sądzie wyjaśnienia zaczęła składać druga oskarżona A.G., która także nie przyznała się do zarzucanych jej czynów. Opowieściom obu pań przysłuchiwało się kilkoro byłych pracowników "Limanowianki", którzy występują w charakterze oskarżycieli posiłkowych.
(pg)
"Dziennik Polski" 2005-01-19
Autor: ab