Już bez Patrycji
Treść
Mistrzostwa Europy kobiet w boksie Patrycja Kotlarz, zawodniczka krynickiego KS Damis pożegnała się z trwającymi w Warszawie mistrzostwami Europy w amatorskim boksie kobiet. W swej pierwszej walce w kat. wagowej 50 kg przegrała przed czasem z Francuzką Delphine Mancini. Kryniczanka wyszła do ringu jak gdyby nie wierząc w możliwość odniesienia sukcesu. Walczyła usztywniona, źle wyczuwała dystans, zupełnie zapominając o obronie. Nic zatem dziwnego, że rywalka szybko uzyskała przewagę, która wzrastała z każdą upływającą minutą. W drugim starciu stała się wręcz miażdżąca. Widząc bezsilność Polki, sędzia zdecydował się - jak najbardziej słusznie - przerwać pojedynek. Ogłoszono zwycięstwo Mancini przez rsco, co w tłumaczeniu na język bardziej dla kibiców zrozumiały oznacza przygniatającą dominację punktową jednej z przeciwniczek. - Szczerze? Obawiałem się takiego obrotu wydarzeń - przyznaje Krzysztof Bulanda, klubowy trener Kotlarzówny. - Chociaż Patrycja wcale tego pojedynku przegrać nie musiała. Walka rozstrzygnęła się w sferze mentalnej. Moja podopieczna po prostu spaliła się psychicznie, dowodząc, że nie jest jeszcze przygotowana do tak dużych i prestiżowych imprez, jakimi są mistrzostwa Europy. Jej wciąż się wydaje, że aby wygrywać pojedynki, wystarczy na treningu przerzucić tony żelastwa i toczyć wielogodzinne pojedynki z workiem. Tymczasem w konfrontacjach z takimi rywalkami, jak choćby Mancini trzeba jeszcze w ringu ruszyć głową. A Patrycji właśnie pomyślunku we wtorek zabrakło. Francuzka jest, owszem, niezłą pięściarką, ale nie aż tak dobrą, by pozostawać poza jej zasięgiem. Nie robię jednak tragedii z tej porażki. Kotlarz, poza wspomnianymi wadami, ma przecież sporo zalet. Jest wciąż młoda, przy tym niesamowicie ambitna. Wiem, że mocno przeżyła niepowodzenie i zrobi teraz wszystko, by odkuć się przy najbliższej okazji. We wczorajszym wydaniu "Dziennika Polskiego" informowaliśmy o medalu - co najmniej brązowym, który znalazł się już w kolekcji Beaty Małek z nowosądeckiego Superfightera. Dzisiaj zawodniczka trenera Radosława Pietrzkiewicza staje przed szansą na uszlachetnienie kruszcu tego krążka. Jeśli wygra z Ukrainką Iriną Komar, awansuje do finału. A w nim czekać pewnie będzie na nią Rosjanka Galina Iwanowa, od lat niepokonana w kategorii 80 kg. Trener Pietrzkiewicz wierzy jednak w swoją podopieczną. (DW) > warto wiedzieć Mówi trener Radosław Pietrzkiewicz: - Wczoraj, wraz z działaczem Superfightera Wojtkiem Górszczykiem obserwowaliśmy pojedynek najgroźniejszej rywalki Beaty Galiny Iwanowej. Wygrała przez przewagę techniczną w drugiej rundzie z reprezentantką Rumunii, nie wywarła jednak na nas jakiegoś piorunującego wrażenia. Owszem, potwierdziła swe znane walory: spokój, konsekwencję, znakomite wyszkolenie techniczne, ale przeciwniczki z ringu nie zmiotła. Może oszczędzała siły? Widząc słabość Rumunki nie chciała zdradzić swych prawdziwych możliwości? Przekonamy się pewnie o tym w półfinałach. A Beata? Koncentruje się na walce z Ukrainką. Widać, że jest zdeterminowana, zamknięta w sobie, czuje otwierającą się przed nią szansę. Nie można wykluczyć bowiem, że w przypadku odniesienia spektakularnego sukcesu, nie zgłoszą się do niej przedstawiciele którejś z grup zawodowych. Jak dotąd żadna profesjonalna stajnia podchodów nie czyniła. Co bym powiedział na zawodowstwo swej podopiecznej? Decyzja oczywiście zależałaby od niej. Osobiście za bardzo bym się jednak nie przeciwstawiał. Jest jeszcze jeden warunek: ponieważ Małkówna jest reprezentantką kraju, konieczna byłaby zgoda Polskiego Związku Bokserskiego. Ale cóż my tak wybiegamy w przyszłość? Na razie najważniejsze jest, by Beata wygrała w czwartek z Ukrainką. WYSŁUCHAŁ: (DW), "Dziennik Polski" 2006-09-07
Autor: ea