Kilkadziesiąt godzin nerwów
Treść
Podczas wyborów pracownicy państwowych komisji wyborczych przeżywają sądne dni. Przez kilkadziesiąt godzin nieustannie dzwonią telefony. Czasu na spanie, nawet krótkie, nie ma.
- Tak jest zawsze - mówi Janusz Blachura, dyrektor Delegatury Wojewódzkiej Krajowego Biura Wyborczego w Nowym Sączu. - Od rozpoczęcia głosowania, do chwili zakończenia wszystkich prac, czyli oddania dokumentów w Warszawie, trwa nieustanny stres. Najbardziej nerwowo zaczyna się dziać, kiedy przyjmujemy dokumenty z komisji. Często po sprawdzeniu okazuje się, że coś się nie zgadza i trzeba nanieść poprawki. Tak było z Bukowiną, czy Nowym Sączem. Wtedy nie możemy niczego podliczyć w całości i czekamy.
Wczoraj również cały czas dzwoniły telefony. Ludzie się denerwowali, bo już chcieli wiedzieć, kto jest posłem, a kto senatorem. Przychodzili tzw. mężowie zaufania oraz działacze partyjni. Każda, nawet najdrobniejsza informacja była dla nich na wagę złota.
- A my, dopóki nie jesteśmy pewni, że wszystko jest w porządku, nie możemy nic powiedzieć - dodaje dyrektor Blachura. - Każdy dokument, jaki do nas dotarł, był wielokrotnie sprawdzany. Sędzia Zdzisław Błażowski i inni członkowie komisji bardzo skrupulatnie czytali sprawozdania. Na szczęście ok. godz. 13 udało się zakończyć pracę. Sprawozdanie zostało podpisane i odwiezione do Warszawy.
W samo południe, kiedy wydawało się, że to koniec pracy, w centrali znów zawiesił się komputer. Na szczęście tym razem w Nowym Sączu nie miało to wpływu na podsumowanie wyborów. Po kilkudziesięciu godzinach nieustannej pracy, wypiciu wielu litrów kawy, ludzie pracujący przy wyborach poszli odpocząć.
A dzisiaj? Dzisiaj rozpoczynają się przygotowanie do kolejnych wyborów - prezydenckich.
(JEC)
"Dziennik Polski" 2005-09-27
Autor: mj