Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Łzy nie ugasiły cerkwi

Treść

- To było straszne! Najpierw przez dziury w kopułach wydostawał się dym, a za chwilę w ogniu stanął cały dach - opowiadają mieszkańcy bieszczadzkiej Komańczy Kiedy w ciemne niebo strzelały płomienie, starsza Łemkini patrzyła na nie zapłakana. - Co teraz będzie, co teraz z nami będzie? - łkała ponadsiedemdziesięcioletnia Ewa Kopylec. Kilkadziesiąt metrów od niej płonęła stara cerkiew w Komańczy. Kobieta mówiła: - To tak jakby umierał człowiek... Cerkiew zaczęła umierać w środę przed wieczorem. Najpierw zauważono kłęby dymu unoszące się nad wzgórzem, na którym dwieście lat temu pobudowano drewnianą świątynię. - Przybiegła sąsiadka, krzyczała: "Pali się nasza cerkiew!". Odpowiedziałam jej: "To niemożliwe!". Nie wierzyłam - opowiadała chwilę potem Ewa Kopylec. Straż pożarną zaalarmowano kwadrans przed dziewiętnastą. Jako pierwsi zjawili się druhowie z miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej. - Mamy na samochodzie tylko dwa tysiące litrów wody, to za mało - mówił od razu dowódca sekcji Aleksander Hulicki. Potrzebowali wsparcia: paliło się coraz bardziej. - To było straszne! Najpierw przez dziury w kopułach wydostawał się dym, a za chwilę w ogniu stanął cały dach. W pewnym momencie strażakom skończyła się woda, mogliśmy tylko stać i załamywać ręce. Wiadomo było, że nie da się już cerkwi uratować! - mówiła rozemocjonowana Danuta Dołżycka. Dopiero po dłuższej chwili dotarła jednostka ochotnicza z oddalonej o 25 km Tarnawy Górnej, a około godz. 19.28 - zastępy z Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Sanoku. Ci strażacy mieli do pokonania 40 kilometrów. W tym czasie do środka budowli runął już dach nawy. Wodę czerpano z oddalonego o kilkaset metrów potoku. - Kiedy przybyli strażacy, pożarem objęte było już całe wnętrze. Udało się uratować drewnianą wieżę, która stała w pobliżu cerkwi, bo skupiliśmy się na schładzaniu jej wodą - relacjonował dowodzący akcją gaśniczą aspirant sztabowy Marek Marcinik z Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej PSP w Sanoku. - Na początku istniała obawa, że pod posadzką mogą być materiały wybuchowe z czasów wojny, dlatego z okolic akcji usunięto wszystkich cywili, ale okazało się, że nie jest to prawdą. *** Mieszkańcy, którzy zbiegli się tu, nie ukrywali wcale łez. - Z dymem poszła część dumy Łemkowszczyzny, część historii Komańczy. Nasza wieś już nigdy nie będzie taka sama. My grekokatolicy przeżywamy to tak samo, bo przecież wszyscy jesteśmy braćmi. Kiedyś była to świątynia greckokatolicka, budowali ją nasi przodkowie - mówił łamiącym się głosem Bogdan Dołżycki. Ostatni raz nabożeństwo odprawiono we wtorek, dzień przed pożarem. - Minęło czterdzieści dni od śmierci mojego męża i sprawowaliśmy z tej okazji Służbę Bożą - opowiadała Ewa Kopylec. I wspominała dawne czasy: - Kiedyś przychodziło tu nawet i sto osób. Potem starzy wymarli. Bywało na nabożeństwach dwadzieścia, trzydzieści osób, a zdarzało się tylko kilku modlących. Ksiądz Jan Antonowycz, kanclerz kurii prawosławnej w Sanoku, wstrząśnięty był pożarem: - To ogromna tragedia. Wielka strata, nie tylko dla nas prawosławnych, ale dla całej kultury. - Nie pozostawimy tego pogorzeliska samemu sobie - mówił, gdy się jeszcze tliło. *** Od samego początku próbowano dociekać, jaka była przyczyna pożaru. Na miejscu zjawiła się policja, która przesłuchała świadków, oraz prokurator. - Nie można jeszcze powiedzieć, gdzie było źródło ognia, ale gdy przyjechaliśmy, najbardziej paliła się środkowa część cerkwi - mówił asp. szt. Marek Marcinik. Ewa Kopylec zastanawiała się: - Czy świeczka, czy prąd? Nie wiadomo. A może to turyści? Bowiem na krótko przed pożarem grupa turystów gościła w świątyni. Cerkiew, jako jedna z niewielu o tej architekturze w Bieszczadach, stanowiła sporą atrakcję. Ale była przede wszystkim miejscem kultu prawosławnych Łemków z Komańczy i okolicznych wiosek. - Nie dziwię się ich łzom. Spaliła się przecież cerkiew, która ma wielką wartość, zwłaszcza emocjonalną. Owszem, można ją odbudować, ale to nie przywróci tego klimatu - stwierdził Antoni Bosak, szef krośnieńskiej delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Przemyślu. Decyzja o odbudowie zapadła wczoraj, gdy dymiące zgliszcza zobaczył arcybiskup Adam Dubec, władyka przemysko-nowosądeckiej eparchii Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego. Może ona pochłonąć nawet milion złotych. - Niedawno remontowaliśmy posadzkę, teraz chcieliśmy naprawiać mur. Pieniądze dali Łemkowie z zagranicy. Może i teraz zechcą pomóc? - zastanawiają się wyznawcy prawosławia z Komańczy. - Nasza społeczność jest niewielka, dlatego apelujemy o pomoc do ludzi dobrego serca - mówi ks. Jan Antonowycz. Kiedy w ciemne niebo strzelały płomienie, starsza Łemkini patrzyła na nie zapłakana. - Co teraz będzie, co teraz z nami będzie? - łkała ponadsiedemdziesięcioletnia Ewa Kopylec. Kilkadziesiąt metrów od niej płonęła stara cerkiew w Komańczy. Kobieta mówiła: - To tak jakby umierał człowiek... Cerkiew zaczęła umierać w środę przed wieczorem. Najpierw zauważono kłęby dymu unoszące się nad wzgórzem, na którym dwieście lat temu pobudowano drewnianą świątynię. - Przybiegła sąsiadka, krzyczała: "Pali się nasza cerkiew!". Odpowiedziałam jej: "To niemożliwe!". Nie wierzyłam - opowiadała chwilę potem Ewa Kopylec. Straż pożarną zaalarmowano kwadrans przed dziewiętnastą. Jako pierwsi zjawili się druhowie z miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej. - Mamy na samochodzie tylko dwa tysiące litrów wody, to za mało - mówił od razu dowódca sekcji Aleksander Hulicki. Potrzebowali wsparcia: paliło się coraz bardziej. - To było straszne! Najpierw przez dziury w kopułach wydostawał się dym, a za chwilę w ogniu stanął cały dach. W pewnym momencie strażakom skończyła się woda, mogliśmy tylko stać i załamywać ręce. Wiadomo było, że nie da się już cerkwi uratować! - mówiła rozemocjonowana Danuta Dołżycka. Dopiero po dłuższej chwili dotarła jednostka ochotnicza z oddalonej o 25 km Tarnawy Górnej, a około godz. 19.28 - zastępy z Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Sanoku. Ci strażacy mieli do pokonania 40 kilometrów. W tym czasie do środka budowli runął już dach nawy. Wodę czerpano z oddalonego o kilkaset metrów potoku. - Kiedy przybyli strażacy, pożarem objęte było już całe wnętrze. Udało się uratować drewnianą wieżę, która stała w pobliżu cerkwi, bo skupiliśmy się na schładzaniu jej wodą - relacjonował dowodzący akcją gaśniczą aspirant sztabowy Marek Marcinik z Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej PSP w Sanoku. - Na początku istniała obawa, że pod posadzką mogą być materiały wybuchowe z czasów wojny, dlatego z okolic akcji usunięto wszystkich cywili, ale okazało się, że nie jest to prawdą. *** Mieszkańcy, którzy zbiegli się tu, nie ukrywali wcale łez. - Z dymem poszła część dumy Łemkowszczyzny, część historii Komańczy. Nasza wieś już nigdy nie będzie taka sama. My grekokatolicy przeżywamy to tak samo, bo przecież wszyscy jesteśmy braćmi. Kiedyś była to świątynia greckokatolicka, budowali ją nasi przodkowie - mówił łamiącym się głosem Bogdan Dołżycki. Ostatni raz nabożeństwo odprawiono we wtorek, dzień przed pożarem. - Minęło czterdzieści dni od śmierci mojego męża i sprawowaliśmy z tej okazji Służbę Bożą - opowiadała Ewa Kopylec. I wspominała dawne czasy: - Kiedyś przychodziło tu nawet i sto osób. Potem starzy wymarli. Bywało na nabożeństwach dwadzieścia, trzydzieści osób, a zdarzało się tylko kilku modlących. Ksiądz Jan Antonowycz, kanclerz kurii prawosławnej w Sanoku, wstrząśnięty był pożarem: - To ogromna tragedia. Wielka strata, nie tylko dla nas prawosławnych, ale dla całej kultury. - Nie pozostawimy tego pogorzeliska samemu sobie - mówił, gdy się jeszcze tliło. *** Od samego początku próbowano dociekać, jaka była przyczyna pożaru. Na miejscu zjawiła się policja, która przesłuchała świadków, oraz prokurator. - Nie można jeszcze powiedzieć, gdzie było źródło ognia, ale gdy przyjechaliśmy, najbardziej paliła się środkowa część cerkwi - mówił asp. szt. Marek Marcinik. Ewa Kopylec zastanawiała się: - Czy świeczka, czy prąd? Nie wiadomo. A może to turyści? Bowiem na krótko przed pożarem grupa turystów gościła w świątyni. Cerkiew, jako jedna z niewielu o tej architekturze w Bieszczadach, stanowiła sporą atrakcję. Ale była przede wszystkim miejscem kultu prawosławnych Łemków z Komańczy i okolicznych wiosek. - Nie dziwię się ich łzom. Spaliła się przecież cerkiew, która ma wielką wartość, zwłaszcza emocjonalną. Owszem, można ją odbudować, ale to nie przywróci tego klimatu - stwierdził Antoni Bosak, szef krośnieńskiej delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Przemyślu. Decyzja o odbudowie zapadła wczoraj, gdy dymiące zgliszcza zobaczył arcybiskup Adam Dubec, władyka przemysko-nowosądeckiej eparchii Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego. Może ona pochłonąć nawet milion złotych. - Niedawno remontowaliśmy posadzkę, teraz chcieliśmy naprawiać mur. Pieniądze dali Łemkowie z zagranicy. Może i teraz zechcą pomóc? - zastanawiają się wyznawcy prawosławia z Komańczy. - Nasza społeczność jest niewielka, dlatego apelujemy o pomoc do ludzi dobrego serca - mówi ks. Jan Antonowycz. To trzeci w ostatnich kilkudziesięciu latach przypadek spłonięcia drewnianej cerkwi w Bieszczadach. Z pożaru cerkwi greckokatolickiej w Kulasznem koło Komańczy, który z nieznanych dotąd przyczyn wybuchł w 1974 r., ocalała tylko wieża, ale ta była murowana. Z kolei w 1981 r. spaliła się całkowicie cerkiew w Lipiu koło Sanoka. Na terenie gminy Komańcza jest jeszcze kilka drewnianych zabytków. Gdyby zaczęły płonąć, z pewnością pomoc również nie dotarłaby - ze względu na odległości - na czas. - Musimy poprawić wyposażenie naszych strażaków. Oni robią co mogą, ale bez lepszego sprzętu są bezsilni - powiedział wójt gminy Komańcza Stanisław Bielawka. *** Łemkowie ze smutkiem patrzą na pogorzelisko. Na pewno w niedzielę, mimo że z cerkwi pozostało niewiele, przyjdą tu na nabożeństwo. - Miał być doroczny odpust czternastego października. To już za miesiąc. Zawsze szczyciliśmy się, że jest nas mało, ale mamy się gdzie podziać. A teraz, co będzie z nami? - zastanawia się Ewa Kopylec. PIOTR SUBIK To trzeci w ostatnich kilkudziesięciu latach przypadek spłonięcia drewnianej cerkwi w Bieszczadach. Z pożaru cerkwi greckokatolickiej w Kulasznem koło Komańczy, który z nieznanych dotąd przyczyn wybuchł w 1974 r., ocalała tylko wieża, ale ta była murowana. Z kolei w 1981 r. spaliła się całkowicie cerkiew w Lipiu koło Sanoka. Na terenie gminy Komańcza jest jeszcze kilka drewnianych zabytków. Gdyby zaczęły płonąć, z pewnością pomoc również nie dotarłaby - ze względu na odległości - na czas. - Musimy poprawić wyposażenie naszych strażaków. Oni robią co mogą, ale bez lepszego sprzętu są bezsilni - powiedział wójt gminy Komańcza Stanisław Bielawka. *** Łemkowie ze smutkiem patrzą na pogorzelisko. Na pewno w niedzielę, mimo że z cerkwi pozostało niewiele, przyjdą tu na nabożeństwo. - Miał być doroczny odpust czternastego października. To już za miesiąc. Zawsze szczyciliśmy się, że jest nas mało, ale mamy się gdzie podziać. A teraz, co będzie z nami? - zastanawia się Ewa Kopylec. PIOTR SUBIK, "Dziennik Polski",2006-09-15

Autor: ea