Mania latania
Treść
CZERNIEC. Młodzież zauroczona triumfami Małysza buduje od trzech lat skocznię narciarską
W ostatnią niedzielę na stoku zwanym popularnie Glinik w miejscowości Czerniec koło Łącka odbyły się pierwsze oficjalne zawody w skokach narciarskich. Najdłuższy skok liczył czternaście metrów, a wykonał go Michał Pierzga z Łącka.
Kilka lat temu grupa miejscowych chłopców ze starszych klas szkoły podstawowej, ogarnięta małyszomanią, postanowiła zbudować skocznię. Zaczynali od śnieżnego progu. Dziś obiekt ma 13,5 metra zjazdu po drewnianym torze, wieżę sędziowsko-komentatorską, a przede wszystkim przyciąga rzesze fanów z okolicy. Blask Małysza przygasł ostatnio po ostatnich występach, a w Czerńcu gwiazda jego przykładu dopiero się zapala.
Upór młodych chłopców w dążeniu do celu jest tak samo niezwykły, jak to, że do tej pory nikt oprócz swoich na wsi o ich skoczni nie słyszał, choć budują ją od trzech lat! "Dziennik" ma tę satysfakcję, że pisze o niej pierwszy.
Historia skoczni sięga okresu największych triumfów Adama Małysza sprzed kilku lat. Wtedy to dwaj bracia Marcin i nieco starszy Krzysiek Giba postanowili pójść w jego ślady.
Żeby zrealizować te marzenia, potrzebna była oczywiście skocznia. Do pary dołączył szybko Jarek Kurnyta. Na gruncie jego wujka, położonym na zboczu wzgórza popularnie zwanego Glinik, postanowiono skonstruować coś, co by było namiastką Wielkiej Krokwi, czy obiektów znanych z cotygodniowych transmisji z Małyszem w roli głównej.
Chłopcy zaczęli skromnie, od ubicia wału śnieżnego u stóp zbocza, który posłużył, jak w większości tego typu zabawach, za próg do odbicia. Śnieżny próg wędrował coraz wyżej, oddawano wtedy kilkumetrowe skoki. Wreszcie na wierzchołku wzgórza pojawił się pierwszy prowizoryczny zjazd. Była zima 2004 roku. W grupie zapaleńców pojawili się następni: Arek Górski i Kuba Rdzawski, Zenek Czech, Marcin Nowak i Artur Ochoda, który dokumentuje filmowo każdy etap prac, łącznie z niedzielnymi zawodami. Przyszli pierwsi widzowie oglądać małych zapaleńców. Im ani w głowie było poprzestawać na takiej prowizorce.
- Zwrócili się do mnie, żebym im pomógł wybudować prawdziwą skocznię - opowiada Tomek Bulanda. Wybór osoby nie był przypadkiem. Tomek wcześniej skonstruował bardzo oryginalny drewniany szałas w lesie, gdzie odbywają spotkania towarzyskie i zabawy. I tak od lata 2005 roku, kiedy chłopcy pokończyli naukę, a Tomek zdał maturę, zaczęła się wielka budowa.
- Rozbieg ma 6 metrów wysokości, 1,5 metra szerokości - wylicza Tomek. - Obok jest wieża, z której sędziuje zaprzyjaźniony z nami Andrzej Kulig. Władysław Czepielik nieodpłatnie koparką uformował nam bulę i stok. W niedzielę przyszła ponad setka ludzi. Kilkunastu miało startować, ale się przelękli. Ostatecznie wystartowało ośmiu. Drugi był Jarek Kurnyta, trzeci Krzysiek Giba. To na ich cześć skocznia nazywa się Bishofsgibenhofen, oficjalnie Mała Krokiew. Znalazł się już sponsor, który ma kupić chłopcom kaski, bo nie może patrzeć, jak skaczą w czapkach. Narty, wiadomo, zjazdówy, z twardo mocowanymi butami. Jak szaleć, to szaleć. 15 stycznia kolejne zawody.
Wojciech Chmura
Rozbieg ma 6 metrów wysokości, 1,5 metra szerokości. Obok jest wieża, z której sędziuje zaprzyjaźniony z nami Andrzej Kulig mówi Tomek Bulanda
"Dziennik Polski" 2006-01-10
Autor: ab