Nie wykorzystali przewagi
Treść
W miniony weekend odbyła się ostatnia kolejka rundy jesiennej w małopolskiej IV lidze, w której jedyną drużyną, reprezentującą podhalański region, jest Lubań Maniowy. W ostatnim spotkaniu w tym roku kalendarzowym Lubań zmierzył się na wyjeździe z Orłem Dębno. Niestety, podhalańczycy nie przywieźli w sobotę ani jednego punktu z Dębna, przegrywając 1-0 z drużyną, zajmującą przed tą kolejką 13. lokatę w ligowej tabeli. Co gorsza, przez prawie całą drugą połowę podopieczni Bartłomieja Walczaka grali z przewagą jednego zawodnika po tym, jak bramkarz gospodarzy zobaczył dwie żółte kartki. Od pierwszych minut sobotniego spotkania Lubań przejął inicjatywę i w ciągu pierwszych dwóch kwadransów stworzył sobie co najmniej trzy dogodne sytuacje do objęcia prowadzenia. Niestety, po raz kolejny zaszwankowała tego dnia skuteczność podhalańczyków. Negatywnymi bohaterami w barwach drużyny Walczaka okazało się dwóch zawodników - Józef Zasadni i Mariusz Różalski - ten pierwszy nie wykorzystał dwóch stuprocentowych okazji na zdobycie gola, a ten drugi, po jednej z kontr w wykonaniu zawodników Orła fatalnie interweniował przy jednym ze strzałów przeciwnika, pozwalając miejscowym na skuteczną dobitkę, zakończoną stratą bramki. Na początku drugiej odsłony, w wyniku dyskusji z arbitrem, dwie żółte kartki zobaczył bramkarz Orła, głupio w ten sposób osłabiając swoją drużynę. Nawet taki obrót sprawy nie pomógł Lubaniowi, który przysłowiowo walił głową w mur. Choć przewaga podhalańczyków ani przez moment nie podlegała dyskusji, nie dane im było sobotniego popołudnia trafienie do siatki rywali, przez co musieli na koniec przełknąć gorycz porażki... Orzeł Dębno - Lubań Maniowy 1-0 (1-0) Mówi Bartłomiej Walczak, trener Lubania: - Niestety, na zakończenie rundy jesiennej nie udało nam się powiększyć naszej zdobyczy punktowej. Choć od początku spotkania to my dyktowaliśmy warunki gry, nie potrafiliśmy strzelić chociażby jednej bramki. Jak to często u nas bywa, znów brakło nam skuteczności, a w niektórych momentach niektórzy wykazali zbyt dużą nonszalancję i indywidualność. Już w ciągu pierwszych dwóch kwadransów powinniśmy prowadzić 2-0, a tymczasem przegrywaliśmy 0-1. Koszmarny błąd popełnił nasz bramkarz, który przy swojej drugiej interwencji w sobotnim meczu pozwolił piłce, by ta odbiła się od jego klatki piersiowej, co umożliwiło przeciwnikom celną dobitkę. Od tego momentu jeszcze bardziej zaatakowaliśmy i wydawało się, że bramka wyrównująca jest tylko kwestią czasu. Jednak oczekiwany przez nas gol w sobotę nie padł i ponieśliśmy porażkę. Szkoda, bo Orzeł był absolutnie w naszym zasięgu i spokojnie mogliśmy powiększyć nasz dorobek punktowy... (TOM) , "Dziennik Polski" 2006-11-02
Autor: ea