Odeszli 2006
Treść
Kazimierz Bryndza (16 marca 1937- 16 kwietnia 2006) Dziennikarz "Gazety Krakowskiej", kierownik żywieckiego i sądeckiego oddziału tej gazety, współpracownik "Dziennika Polskiego", rzecznik prasowy ZUS. Urodził się w Wadowicach, ale większą część swojego życia spędził w Nowym Sączu. W pamięci wielu czytelników zapisał się jako autor lapidarnych informacji podpisywanych (K-B). W trakcie kilku dekad pracy poznał dokładnie niemal każdą miejscowość Sądecczyzny, Podhala, Limanowskiego i Gorlickiego. Obsługiwał oficjalne konferencje partyjne, dożynki, jubileusze. Pisywał materiały interwencyjne, pomagał zwykłym ludziom, których dotknęło jakieś nieszczęście, skrzywdziła urzędnicza machina czy ktoś z sąsiadów. Znał dziesiątki anegdot i dowcipów oraz łacińskich sentencji. Mocno przeżył w latach 90. konieczność odejścia ze swojej redakcji. Nie chciał jednak stać na uboczu. Dzięki życzliwości dyrektor Janiny Popieli, najpierw jako rencista, później już jako pełnoprawny emeryt, został na pół etatu rzecznikiem prasowym ZUS. Nawiązał też współpracę z "Dziennikiem Polskim". Ostatnie tygodnie życia spędził w szpitalu, najpierw w Nowym Sączu, później w Limanowej. Miał problemy z mówieniem, porozumiewał się pisemnie. Zbigniew Drobot (8 października 1936 - 20 marca 2006) Od schyłku lat 50., do początku lat 80. ub. wieku, działacz w założonym przez siebie LZS, później Jedności, wreszcie LKS Beskid Nowy Sącz. Czas dzielił między pracę zawodową w Regionalnej Izbie Obrachunkowej i treningi. Był zawodnikiem oraz szkoleniowcem w sekcji podnoszenia ciężarów. Startował w kategorii średniej, do 75 kg i choć wielkich międzynarodowych sukcesów nie zanotował, to jednak liczył się na arenie ogólnopolskiej, wychowując świetnych sztangistów, m.in. Romana Kiryłowa i Jerzego Saweczkę. - Pod swą opieką miał przeszło 70 atletów i 90 procent spośród nich robi dzisiaj kariery zawodowe - wspominali Zbigniewa Robota przyjaciele i wychowankowie. - Widać było, że praca z nami sprawia Mu autentyczną przyjemność. Był niezwykle sumienny, obowiązkowy, nie przypominam sobie, by kiedykolwiek spóźnił się na zajęcia. Często wpadał na nie wprost z wyjazdu na kontrole skarbowe, prowadzone w różnych miejscowościach. Tryskał przy tym humorem, godzinami potrafił opowiadać dowcipy. Jeszcze niedawno można go było zobaczyć przed szóstą rano, biegającego z psami nad Dunajcem. Kilka lat temu zaniedbał grypę. Mimo mrozów nigdy nie nosił czapki. Zaczęły się powikłania sercowe. I właśnie te kardiologiczne schorzenia były przyczyną Jego śmierci. Ciężaru choroby nie mógł już udźwignąć. Zofia Flisówna (25 marca 1915 - 5 kwietnia2006) Urodzona w Wiedniu miłośniczka i znawczyni kultury oraz historii Nowego Sącza, jedna z założycielek Klubu Inteligencji Katolickiej, Honorowy Prezes Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół". Pochodziła z zasłużonej dla Nowego Sącza rodziny. Jej ojciec Stanisław - adwokat, legionista, prekursor skautingu, przez wiele lat był w mieście prezesem Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół". Pani Zofia (podobnie jak jej siostry i bracia) wyrastała w atmosferze miłości do Boga i Ojczyzny, szacunku dla kultury narodowej i regionalnej. W Jej nekrologu rodzina napisała: "Żyła po to, aby sprawiać radość. Nigdy nikomu nie odmówiła pomocy. Prawdziwy przyjaciel ludzi". Te trzy zdania w sposób niezwykle lapidarny, ale jakże celny, charakteryzują postać Zofii Flisówny. Była absolwentką Prywatnego Żeńskiego Gimnazjum, studiowała matematykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez długi czas pracowała jako nauczycielka m.in. w Szkole Gospodarczej i Technikum Samochodowym. W roku 1970 przeszła na emeryturę. Angażowała się w życie kulturalne Sądecczyzny. Zawsze można Ją było spotkać na koncertach Starosądeckich Festiwali Muzyki Dawnej, Dni Sztuki Wokalnej im. Ady Sari, Sądeckiego Festiwalu "Jubilaei Cantus". Przygotowywała piękne stroiki, kompozycje z kwiatów, traw i słomy, którymi w Jej imieniu obdarowywały wielkich artystów dziewczęta ubrane w lachowskie stroje. Dbała o wystrój kościoła św. Kazimierza, układała bukiety na ołtarzach, wykonywała wielkanocne palmy. Robiła to z poczucia obowiązku i potrzeby serca. Zofię Flisówną tak wspomina Irena Styczyńska: - Znałyśmy się wiele lat. To była osoba, o której nie można powiedzieć, żeby wszystkich dopuszczała blisko do siebie. To wynikało z tradycji jej rodziny, z poczucia rodowej dumy. Jej dziadkiem był burmistrz Włodzimierz Olszewski, ojcem - Stanisław Flis, wielcy patrioci, znamienici obywatele. Kiedy pytałam ją o cokolwiek z historii Nowego Sącza, a znała ją wyśmienicie, w domu miała przecież świetnie wyposażoną bibliotekę, gromadziła najróżniejsze dokumenty, nigdy nie odmówiła pomocy. Posiadała wiele informacji na temat sądeckiego mieszczaństwa. Spotykałyśmy się też w ramach Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół", które po latach niebytu zostało reaktywowane. Była skarbnicą cennych informacji na ten temat. Cieszyła się z rozbudowy i modernizacji "Sokoła", bo przecież żyła w aurze sokolstwa. Bardzo była przywiązana do kościoła św. Kazimierza. Jej ojciec był jednym z pomysłodawców budowy tej niegdyś kaplicy szkolnej. Była mistrzynią w sztuce zdobnictwa. Zofia mówiła mi niegdyś, że ona nie mogła pokonywać wielkich przestrzeni, ale za to zawsze starała się w domu coś pożytecznego dla kogoś zrobić. Coś dla Kogoś - to była dewiza Jej długiego życia. Tadeusz Hardy (10 sierpnia 1952 - 12 października 2006) Nauczyciel I Liceum i Gimnazjum im. Jana Długosza w Nowym Sączu. Absolwent Wydziału Chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po studiach pracował w Technikum Chemicznym w Starym Sączu, w sądeckim II LO i Centrum Doskonalenia Nauczycieli. Od 1989 r. nieprzerwanie był związany ze swoją "pierwszą budą". 1 października br. przeszedł na emeryturę. Nie stracił jednak kontaktu z dydaktyką. Został zatrudniony "na godzinach". 12 października wieczorem razem z gronem pedagogicznym z okazji Dnia Edukacji Narodowej uczestniczył w spotkaniu, które zostało zorganizowane w ośrodku wczasowym w Cieniawie. Nagle upadł. Wezwano karetkę pogotowia. Reanimacja nie przyniosła skutku. - Wszyscy jesteśmy wstrząśnięci - opowiadał "Dziennikowi Polskiemu" dyrektor I LO Aleksander Rybski. - Tadeusz odszedł przy nas. Był wspaniałym kolegą, człowiekiem wielkiego serca i życzliwości. Swój zawód wykonywał z pasją. Wychował m.in. całą plejadę sądeckich lekarzy, których znakomicie uczył chemii. Miał swoje niekonwencjonalne metody. Potrafił sobie zdobyć młodzież poczuciem humoru i radością życia. Dwa lata temu w plebiscycie uczniów całej naszej szkoły został wybrany "Nauczycielem Roku". W br. tym tytułem obdarzyli go gimnazjaliści. Żył rodzinnie. Cieszył się z sukcesów najbliższych. Wielu ludziom będzie Go teraz brakowało. Stanisław Jacak (19 grudnia 1935 - 9 grudnia 2005) Były dyrektor Państwowego Domu Dziecka i wiceprezydent Nowego Sącza. Pochodził z podlimanowskiej Męciny. Z wykształcenia i powołania był nauczycielem. Absolwent UJ. Pracował jako pedagog w Paszynie i Starej Wsi. Pełnił też funkcję inspektora szkolnego. W latach 1975-81 piastował urząd wiceprezydenta Nowego Sącza. Jego nazwisko związane było przez wiele lat z nowosądeckim Państwowym Domem Dziecka im. Janusz Korczaka. To jego zasługą była rozbudowa i modernizacji tej placówki przy pl. Kolegiackim, gdzie przez kilka dekad działał sierociniec. Większość wychowanków stanowili młodzi ludzi, którym rodziny nie potrafiły stworzyć warunków do właściwego dorastania. Stanisław Jacak starał się być dla nich jak dobry ojciec: surowy, wymagający, ale przecież z sercem na dłoni. Zawsze interesował się sportem. W Domu Dziecka znakomicie działał klub modelarstwa lotniczego i kosmicznego. Jego członkowie zdobyli wiele medali na mistrzostwach Polski. Niektórzy uprawiali kolarstwo w Starcie, gdzie istniała bardzo dobra sekcja. Stanisław Jacak działał w Polskim Związku Kolarskim, w Aeroklubie Podhalańskim i Lidze Obrony Kraju. Władysława Iwańska (15 lutego 1927 - 24 listopada 2005) Artystka-malarka, stworzyła kilka tysięcy obrazów, ok. 200 z nich znajduje się w zbiorach Muzeum Okręgowego, w którym na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku pracowała. Tam też rok temu zorganizowano Jej wystawę zatytułowaną "Za ścianą świata". Należała do Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Nowym Sączu. Jak niegdyś wspominała, od najmłodszych lat malowanie było dla niej radosnym zajęciem. W pamięć szczególnie zapadają te nostalgiczne, czasami smutne, ale jednak ciepłe prace, bajeczne cykle, pełne wspaniałej kolorystyki, poświęcone różnym porom roku. Szczególnie piękne są poetyckie pejzaże zimowe i te poświęcone różnym siłom natury. Płynąca spod ręki artystki łagodność tak spodobała się niemieckim wydawcom baśni, że zdecydowali się jej dziełami zilustrować książki dla dzieci. - Z pewnością wielu sądeczan znało dobrze Władysławę Iwańską, nie zdając sobie sprawy, że była jednym z najwybitniejszych w Polsce reprezentantów tzw. malarstwa intuicyjnego - mówi Zbigniew Wolanin z Muzeum Okręgowego. - Być może wynikało to z bariery nieufności, którą artystka sama odgradzała się od ludzi, rezerwując świat swojego malarstwa dla siebie, czyniąc go trudno dostępnym dla osób z zewnątrz. Ta w pewnym sensie elitarna jej twórczość była jednak wysoko oceniana przez sądeckie środowisko i profesjonalnych znawców sztuki. Do pierwszego publicznego pokazania prac namówił ją w roku 1953 lub 54 prof. Henryk Stamirski. Wystawę zorganizował Zbigniew Borowski, rzeźbiarz i dyrektor sądeckiego muzeum. Krytycy podkreślają, że zarówno stylistykę, jak i dojrzałość plastyczną osiągnęła samodzielnie, w czym pomogła jej intuicja. Julian Jaworz-Dutka (16 listopada 1914- 9 kwietnia 2006) Żołnierz Polski Podziemnej podczas II wojny światowej, działacz sportowy, społecznik. Przez kilkanaście ostatnich lat dziennikarz "Gazety Limanowskiej". Włączał się w życie kulturalne regionu, pisał ciekawe teksty. Odznaczał się niezwykłą skromnością. Nie wszyscy wiedzieli, że obcują z żywym świadkiem historii Polski. Pochodził z rodziny włościańskiej. Ukończył Gimnazjum im. Jana Długosza w Nowym Sączu. Służbę wojskową odbył w Szkole Podchorążych Rezerwy w Cieszynie. W roku akademickim 1938/39 rozpoczął studia wychowania fizycznego na Wydziale Lekarskim UJ w Krakowie. Naukę przerwał wybuch wojny. Jako ochotnik walczył w szeregach sądeckiego I Pułku Strzelców Podhalańskich. Z tą formacją doszedł aż do Lwowa. Późną jesienią wrócił do rodzinnego miasta. Jako podporucznik Wojska Polskiego ukrywał się przed hitlerowcami w dworze Śmiałowskich w Świdniku koło Łukowicy. W tamtych okolicach zorganizował oddział partyzancki, którego został dowódcą. We wrześniu 1943 roku mianowano go komendantem obwodu Batalionów Chłopskich, a po scaleniu z Armią Krajową, pełnił funkcję zastępcy komendanta i szefa placówki "Łoś". Wtedy przyjął pseudonim "Jaworz". Brał udział w wielu akcjach bojowych, zajmował się przyjmowaniem zrzutów pomocy alianckiej i przeprowadzeniem ludzi na Słowację. Po wojnie takie zasługi dla ojczyzny nie podobały się stalinowskim władzom Polski Ludowej. Razem z żoną Heleną musiał się ukrywać, żeby uniknąć aresztowania za działalność w AK. Wyjechał z Limanowskiego. Zatarł za sobą dawne ślady. W Krakowie dokończył studia, uzyskując tytuł magistra wychowania fizycznego. Podjął pracę w Radzie Wojewódzkiej Zrzeszenia LZS w Kielcach, której był przewodniczącym. Zorganizował Świętokrzyski Okręg Narciarski, którym kierował przez trzydzieści lat. Działał w Polskim Związku Narciarskim. Jako sędzia międzynarodowy uczestniczył w słynnych Mistrzostwach Świata w Zakopanem w roku 1962. Chętnie też sięgał po pióro, będąc korespondentem kilku pism w Kielcach. W roku 1978 przeszedł na emeryturę i wrócił do Limanowej. Włączył się w działalność społeczną i charytatywną. Dożył sędziwego wieku. Był dumny ze swoich trzech synów, którzy piastują ważne funkcje. Pułkownika Juliana Jaworza-Dutkę pożegnano z wojskowymi honorami. Marek Kolesiński (15 stycznia 1965 - 16 listopada 2005) Nadkomisarz policji, wiceprezes Stowarzyszenia Rodziców i Przyjaciół Dzieci Niepełnosprawnych Ruchowo i Umysłowo "Nadzieja". Urodził się w Łasinie w Toruńskiem. Ukończył studia ekonomiczne. W 1990 r. rozpoczął pracę w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Nowym Sączu. Był zatrudniony w Wydziale Dochodzeniowo-Śledczym oraz w Wydziale Łączności i Informatyki. W ostatnich latach pełnił funkcję specjalisty w inspektoracie komendanta miejskiego policji. W 1992 r. ukończył Studium Oficerskie w Wyższej Szkole Policji w Szczytnie. Miał stopień nadkomisarza. - To był wspaniały człowiek - wspomina prezes "Nadziei" Jadwiga Jasińska. - Przez lata społecznej pracy w naszym stowarzyszeniu dał się poznać jako osoba wszystkim życzliwa, bardzo uczynna. Miał świetne podejście do niepełnosprawnych dzieci i ich rodziców. Opiekował się własną córką, więc łatwiej mu było trafić do innych, którzy zmagali się z podobnymi problemami. Kiedyś powiedział mi, że Bogu dziękuje za to, że dał mu takie życiowe doświadczenie. Bo może dzięki niemu jest takim, a nie innym człowiekiem, bo lepiej rozumie świat, patrzy na niego z pokorą. Zawsze mogliśmy na niego liczyć, w każdej sytuacji. Służył pomocą, radą. Kiedy dopadła go choroba, nie ukrywał jej, z godnością znosił cierpienie. Był pełen nadziei, żył sprawami swojej rodziny. Tak myślę, że głęboka wiara pomagała mu zachować optymizm. - Marek był moim przyjacielem - podkreśla ks. Stanisław Olesiak, duchowy patron sądeckiego środowiska osób niepełnosprawnych. - Kiedy wielokrotnie przebywałem w szpitalu, odwiedzał mnie, wspierał słowem. To był cudowny człowiek, ojciec i mąż, wzorowy katolik. Jak wspaniale opiekował się rodziną, najbliższymi, dziećmi z "Nadziei"? Kiedy zachorował, kiedy wziął pierwszą chemię, przysłał mi SMS: "moje życie w ręku Pana". Marek był jednym z najwspanialszych ludzi, jakich poznałem. Jadwiga Kowalczyk (20 września 1935 - 8 października 2006) Wieloletnia nauczycielka I Liceum Ogólnokształcącego w Limanowej. Urodziła w Naprawie (powiat suski). W 1953 r. ukończyła LO w Jordanowie, a w 1958 r. studia na wydziale filologii polskiej UJ z nagrodą rektora "za przodownictwo w nauce i chlubne ukończenie studiów". Rok później rozpoczęła pracę nauczycielską w limanowskim LO. W 1995 r. przeszła na emeryturę. Była wieloletnią przewodniczącą Zespołu Samokształceniowego Polonistów rejonu Limanowej, Mszany Dolnej i Tymbarku. W trakcie swojej pracy dydaktycznej otrzymała wiele nagród i odznaczeń. Była nietuzinkową polonistką, mająca swoje poglądy, którym wierna była do końca. Była nauczycielem wymagającym i lubiącym młodzież, która jej zaangażowanie docenia z perspektywy lat. Autorytet w sprawach wychowawczych, dbający także o honor nauczyciela. Umiała cieszyć się z sukcesów swoich uczniów. Bardzo szybko wyławiała humanistyczne talenty. W jej pojęciu ówczesna "dwója" miała być zachętą do nauki, a nie sposobem na pogrążenie ucznia. Po to "narzędzie moblizacji" sięgała rzadko. Zachęcała też młodzież do kontaktu z teatrem, a wybierając sztuki ambitne zmuszała ją do intelektualnego wysiłku. Zofia Łubieńska (17 września 1904 - 5 grudnia 2005) Emerytowana nauczycielka II Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Konopnickiej przeżyła 101 lat. W latach 1920-25 ukończyła sądeckie Seminarium Nauczycielskie. Przez czterdzieści kilka lat pracowała jako pedagog, m.in. na dawnych Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej: w Baranowiczach, Łucku i Równem, a później również w Krośnie, Przyszowej, Podegrodziu i w Nowym Sączu. Tutaj znana była jako nauczycielka wychowania fizycznego w Państwowym Liceum Pedagogicznym i w II Liceum Ogólnokształcącym, gdzie spędziła ostatnią dekadę swojej zawodowej kariery. Była niezwykle lubiana przez uczniów oraz koleżanki i kolegów. Trzy jej siostry także pracowały z młodzieżą. Zofią Łubieńską w ostatnich latach życia opiekowały się Teresa Burnagiel i jej córka Ewelina. Stanisław Mirek (22 października 1937- 4 października 2006) Działacz sportowy, miłośnik m.in. saneczkarstwa, hokeja na ludzie i piłki nożnej, prezes tamtejszego Klubu Olimpijczyka. Przez wiele lat również korespondent "Dziennika Polskiego", autor tekstów, relacji z meczów, rozmów z ciekawymi ludźmi. Urodził się w Starym Sączu. W młodości grał w piłkę nożną i uprawiał saneczkarstwo. Był absolwentem UJ. Pracę zawodową rozpoczął w administracji państwowej w Urzędzie Powiatowym w Nowym Sączu. W rodzinnym mieście przez jakiś czas pełnił funkcję przewodniczącego Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Później to samo stanowisko zajmował w Krynicy. Był też zastępcą dyrektora Wydziału Kultury Fizycznej i Turystyki Urzędu Wojewódzkiego w Nowym Sączu, a także szefem krynickiego Centralnego Ośrodka Sportu. Kierował Zarządem Wojewódzkim Szkolnego Związku Sportowego w Nowym Sączu. Piastował też godność wiceprzewodniczącego Polskiego Związku Sportów Saneczkowych. Od kilkudziesięciu lat Stanisław Mirek mieszkał w Krynicy-Zdroju. Tam angażował się w działalność społeczną w KTH. Chodził na wszystkie mecze drużyny hokejowej. Był jednym z założycieli i prezesem Klubu Olimpijczyka. W ostatnich tygodniach życia przygotowywał się do przyjęcia pamiątek po Jerzym Wojnarze, znakomitym saneczkarzu, której to uroczystości już nie doczekał. Był też Stanisław Mirek dziennikarzem. Od wielu lat współpracował z naszą redakcją. Napisał sporo tekstów, pomagał w zbieraniu informacji na temat wydarzeń sportowych, podpowiadał tematy. Tadeusz Obrzud (26 października 1930 - 5 kwietnia 2006) Nauczyciel, wychowawca młodzieży, działacz sportowy, sędzia narciarski. Absolwent Liceum Pedagogicznego w Starym Sączu i krakowskiej AWF. Jako nauczyciel pracował najpierw w Bukowcu i w Mystkowie. Później trafił do Technicznej Szkoły Wojsk Lotniczych w Zamościu. Od 1952 do 1963 r. był wychowawcą w Państwowym Domu Młodzieży w Nowym Sączu, a następnie kierował internatem w Zasadniczej Szkole Zawodowej Centralnego Związku Spółdzielczości Pracy w Starym Sączu. W latach 70. przez kilka lat pełnił funkcję urzędującego wiceprezesa Rady Wojewódzkiej Zrzeszenia Ludowe Zespoły Sportowe w Nowym Sączu. Potem wrócił do Starego Sącza, gdzie przez trzynaście lat, do roku 1991, kiedy przeszedł na emeryturę, prowadził Internat Zespołu Szkół Zawodowych im. Władysława Orkana. Jego koledzy mówią, że to coraz rzadziej spotykany w dzisiejszych czasach typ społecznika, który lubił być ciągle w ruchu. W latach 50.i 60. był świetnym lekkoatletą, jednym z najlepszych w Polsce sprinterów w LZS. Znakomicie biegał zwłaszcza na 100 i 200 metrów. Zdobywał medale w zawodach rangi międzynarodowej. Bardzo dobrze grał w piłkę nożną. Przez wiele lat bronił bramki LKS Barciczanka w rodzinnej miejscowości. Później długi czas kierował tym klubem, którego członkowie obdarowali Go zaszczytnym tytułem Honorowego Prezesa. Jego pasją było narciarstwo. Działał w strukturach Polskiego Związku Narciarskiego, kierował sądeckim Podokręgiem. Jako sędzia przez pół wieku nie opuścił chyba ani jednych zawodów na Sądecczyźnie. Jerzy Piechowicz (15 czerwca 1920 - 21 lutego 2006) Jeden z najwybitniejszych współczesnych sądeczan, przedstawiciel coraz rzadziej spotykanych ludzi renesansu. Człowiek niezliczonych pasji, różnorakich i wszechstronnych zainteresowań. Aktywny do ostatnich dni jako znakomity, ceniony zarówno przez klientów, jak i kolegów z palestry prawnik, udzielający się społecznie, żyjący problemami swego ukochanego - choć nie rodzinnego - miasta. Człowiek, który - zdaniem wielu, jak mało kto zasłużył sobie na miano Honorowego Obywatela Nowego Sącza. Urodził się w Olkuszu, gdzie spędził lata młodości. Po wybuchu II wojny światowej walczył w kampanii wrześniowej jako żołnierz 20 Pułku Piechoty. Internowany w Szwajcarii, gdzie w 1946 r. ukończył wydział prawa w Uniwersytecie we Fryburgu. Po powrocie do kraju pracował jako aplikant sądowy w Tarnowie, by w 1952 r., po uzyskaniu dyplomu w Uniwersytecie Jagiellońskim, rozpocząć karierę adwokacką. W 1967 r. osiadł w Nowym Sączu. Pod koniec lat osiemdziesiątych, pełniąc funkcję wiceprzewodniczącego RM, wystąpił w roli jednego z głównych bojowników o przywrócenie miastu historycznego herbu z wizerunkiem św. Małgorzaty. Jerzy Piechowicz biegle władał kilkoma językami, znał kanon literatury światowej, pasjonował się historią - zarówno powszechną, jak i regionalną. Jawił się jako wytrawny znawca kultury i sztuki, brylował w elicie kibiców sportowych, szczególnie Sandecji. Ściany Jego domu zdobiły cenne obrazy, w tym liczne dzieła sądeckiego mistrza Bolesława Barbackiego. Z wielką skrupulatnością odtwarzał historię Nowego Sącza, będąc autorem monumentalnego, liczącego 11 tomów opracowania pt. "Sądeczanom walczącym o niepodległość Polski". Największą pasją Mecenasa była jednak filatelistyka. Należał do wąskiego grona najwybitniejszych reprezentantów tej dziedziny w Polsce, może nawet w Europie. Szczycił się niepowtarzalną kolekcją wszystkich na świecie puszczonych do obiegu znaczków z podobizną Jana Pawła II. Właśnie papieskie marki eksponował w Sądeckiej Bibliotece Publicznej na ostatniej przygotowanej przez siebie wystawie, w październiku 2005 r. Niedługo przed śmiercią Jerzy Piechowicz zaprezentował w redakcji "Dziennika Polskiego" efekty swoich ostatnich historycznych penetracji. Z ogromną starannością przygotował do druku, bogato ilustrowane zdjęciami monografie: miejsc pamięci narodowej na sądeckim cmentarzu komunalnym oraz spoczywających na nim wszystkich żołnierzy. Tak jest: wszystkich! Począwszy od generałów Kustronia i Pierackiego, skończywszy na nastoletnich legionistach oraz szeregowych uczestnikach zrywów narodowych: powstania listopadowego i styczniowego. Autor nie doczekał edycji efektów swej dociekliwości. Zygmunt Podhalański (3 stycznia 1921 - 5 marca 2006) Podporucznik Armii Krajowej, więzień obozów koncentracyjnych Auschwitz i Mauthausen. Urodził się w Tęgoborzy. Był absolwentem I Liceum i Gimnazjum im. Jana Długosza w Nowym Sączu. W czasie II wojny światowej pracował w konspiracji, był żołnierzem AK. Po aresztowaniu trafił do obozów koncentracyjnych. W Nowym Sączu przez długie lata pełnił funkcję wiceprezesa Spółdzielni Pracy Rękodzieła Artystycznego "Twórczość". Kierował też sądeckim Związkiem Inwalidów Wojennych RP. - To wiadomość bardzo smutna dla naszego środowiska - mówił Leopold Lachowski, prezes Koła Miejskiego Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych. - Zygmunt Podhalański był członkiem naszej organizacji, pracował też w Zarządzie Okręgowym w Krakowie. Był również członkiem Społecznego Komitetu Odbudowy Miejsc Pamięci Narodowej i Rady Kombatanckiej. Bardzo mocno angażował się społecznie. Kilka dni temu byłem u Niego w domu, gdzie omawialiśmy sprawy, które trzeba będzie poruszyć na najbliższym posiedzeniu. Odszedł człowiek wielkiej prawości, patriota, serdeczny kolega i przyjaciel, któremu bardzo na sercu leżały sprawy Polski i Nowego Sącza. Teresa Postrożny-Niemiec (24 lipca 1962 - 19 maja 2006) Zginęła w wypadku samochodowym w miejscowości Lipowa k. Żywca. Osierociła dwójkę dzieci w wieku 6 i 8 lat. Lekarka o specjalizacji chorób wewnętrznych oraz diabetologii. Od kilkunastu lat pracowała w sądeckim szpitalu. Była lekarzem z powołania, zawsze ciepła i życzliwa dla pacjentów. Miesiąc przed śmiercią w Klinice Chorób Metabolicznych Collegium Medicum UJ w Krakowie zdała egzaminy końcowe i uzyskała specjalizację diabetologiczną. Wtedy powiedziała "Dziennikowi Polskiemu", a było to na miesiąc przed wypadkiem: - Cieszę się, że doprowadziłam moje zamierzenie do finału. Zdobycie specjalizacji jest dla mnie sporą satysfakcją. Do szpitala w Nowym Sączu trafiła zaraz po ukończeniu studiów medycznych. Pracowała m.in. na oddziale internistyczno-kardiologicznym, później na oddziale chorób wewnętrznych. Przez wiele lat związana była z przyszpitalną przychodnią diabetologiczną. Pod drzwiami jej gabinetu lekarskiego ustawiały się zawsze długie kolejki pacjentów. Przyjmowała chorych na cukrzycę również w innych przychodniach w mieście i powiecie. Ostatnie 2,5 roku dojeżdżała do Kliniki Chorób Metabolicznych Collegium Medicum UJ oraz Instytutu Pediatrii w Krakowie-Prokocimiu na staże związane z robieniem specjalizacji z zakresu diabetologii. Józefa Smoleń, prezes Zarządu Powiatowego Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków w Nowym Sączu: - Doktor Teresa pracowała z nami przez niemal 15 lat. Cóż można o niej powiedzieć? Tylko to, co najlepsze. Długo jeszcze będziemy wspominać jej dobroć, troskliwość i emanujące z niej ciepło. I te roześmiane oczy. Pełne życzliwości dla wszystkich. Zawsze też, nie patrząc na zegarek, potrafiła wysłuchać do końca każdego z pacjentów. Dzięki temu mogła poznać źródła choroby, a tym samym wygrać, dla wielu z nas, walkę o życie. Taka była doktor Teresa. Nie będzie nadużyciem, jeśli powiem, że była dla nas prawdziwą matką, choć miała zaledwie 44 lata. - By określić dr Teresę jako człowieka i lekarza trzeba by użyć wszystkich przymiotników o pozytywnym znaczeniu - wspomina Jan Korzeń, człowiek zmagający się z cukrzycą od wielu lat. - Powiedziałbym, że jej dobroć wychodziła wszystkimi porami skóry. Dla niej nieważny był czas, nieważne miejsce. Często porad medycznych udzielała nawet podczas przypadkowego spotkania na ulicy. Wszystko w trosce o pacjenta. To był doktor Judym w spódnicy. Przypomnieć chcę, że przez jakiś czas, gdy urzędnicy zapomnieli o kontrakcie dla opiekuna diabetyków, m.in. dr Teresa nie opuściła nas ludzi chorujących na cukrzycę. Leczyła, pracując społecznie. Cieszyła się, że po zrobieniu specjalizacji będzie mogła zdecydowanie więcej czasu poświęcić dzieciom, że będzie miała możliwość obcowania z literaturą piękną, którą przez jakiś czas zaniedbywała. Planów i marzeń miała wiele. Józef Pyka (15 marca 1932 - 26 lipca 2006) Trener, nauczyciel i wychowawca. Człowiek, dzięki któremu na przełomie lat 60. i 70. ub. wieku, głośno było w Polsce o nowosądeckiej piłce ręcznej w męskim wydaniu. Przez długi okres związany był zawodowo z sądeckim Technikum Ekonomicznym. Uczył tutaj wychowania fizycznego, przysposobienia wojskowego i obronnego oraz higieny. Później pełnił funkcję wizytatora w Wydziale Oświaty Prezydium Powiatowej Rady Narodowej, przemianowanym następnie w Kuratorium Oświaty. Jesienią 1968 r., wraz z Jackiem Grzegorczykiem powołał do życia sekcję piłki ręcznej mężczyzn w ówczesnym WCKS Dunajec. Wkrótce prowadzona przez Niego drużyna zaczęła odnosić sukcesy, a na mecze toczone na asfaltowych boiskach I i II LO, Technikum Samochodowego czy Technikum Elektrycznego przychodziły tłumy kibiców. To właśnie spod ręki Józefa Pyki wyszli tej miary zawodnicy, co Roman Gerhard, Tadeusz Salamon, Stanisław Leszek Kopeć, Grzegorz Majka, by wymienić tylko tych najbardziej znanych. Był czas, gdy Dunajec ocierał się o awans od bardzo silnej w tamtym czasie II ligi, a na przeszkodzie w realizacji celu stanął właściwie tylko brak w Sączu zadaszonego obiektu, w którym można było rozgrywać spotkania szczypiorniaka. - To był człowiek owładnięty pasją - wspomina Jacek Grzegorczyk. - Żył piłką ręczną, kochał swych zawodników, był dla nich jak ojciec. Oni to czuli, odpłacając mu za to oddanie do bólu ambitną postawą na boiskach. Józek uwielbiał też grać w siatkówkę, pasjonował się fotografiką, nade wszystko jednak upodobał sobie kolarstwo. Pamiętam, że wspólnie kupiliśmy kiedyś supernowoczesne wyścigówki huragany, na których na złamanie karku szusowaliśmy po okolicznych wzgórzach. Halina Anastazja Rojek (21 czerwca 1932 - 19 marca 2006) Przez wiele lat związana z Towarzystwem Przyjaciół Sztuk Pięknych w Nowym Sączu. W latach 1994-98 była jego prezesem. Środowisko twórcze nie tylko Nowego Sącza, ale także Krynicy, Szczawnicy i Muszyny, a więc miejscowości, w których TPSP miało swoje oddziały, pamięta panią Halinę zawsze dystyngowaną, elegancką i uśmiechniętą. Swoją osobą podkreślała, że należy do świata sztuki, choć nie podejmowała żadnej działalności twórczej. Z wykształcenia była pedagogiem, później przeszła na stanowisko inspektora w Limanowej, skąd pochodziła. Piastowała także urząd kuratora w Nowym Targu. Zgodnie z nazwą Towarzystwa, określiła swoje miejsce bardzo blisko ludzi sztuki i cały czas im służyła. Zrezygnowała z funkcji prezesa ze względu na stan zdrowia. Zajęła się prowadzeniem kronik, które same w sobie są dziełem sztuki. Do ostatniej chwili czynnie uczestniczyła w życiu Towarzystwa, podczas ostatniego walnego zebrania, przygotowując wystąpienie na temat jubileuszu 50-lecia Towarzystwa. Dr Kazimierz Roman (14 września 1944 - 14 listopada 2005) Były dyrektor szpitala w Krynicy-Zdroju, znakomity chirurg i ratownik GOPR. - Doktor Kazimierz Roman to człowiek wielce zasłużony dla naszej placówki, dla całego uzdrowiska - wspominał zmarłego Marek Surowiak, dyrektor krynickiego szpitala. - Wyróżniał się nie tylko wiedzą i doświadczeniem zawodowym, ale przede wszystkim wyważonymi sądami, niekonfliktową osobowością, wysoką kulturą osobistą i poczuciem sprawiedliwości. Posiadał rzadką umiejętność kierowania zespołami ludzi. Za swoją działalność został uhonorowany wieloma nagrodami i wyróżnieniami, m.in. Złotym Krzyżem Zasługi. Interesował się malarstwem, rzeźbą i fotografią. Był członkiem Krynickiego Towarzystwa Fotograficznego. Jego pasją był też sport. W tym roku zdobył tytuł mistrza świata lekarzy w tenisie ziemnym w swojej grupie wiekowej. Kazimierz Roman urodził się w Szczekocinach. Ukończył Śląską Akademię Medyczną w Katowicach. Pracę zawodową rozpoczął w 1970 r. w Szpitalu Miejskim w Strzelnie, później znalazł zatrudnienie w Zabrzu. W 1973 r. trafił do Krynicy, gdzie został asystentem oddziału chirurgii ogólnej. W latach 1991-97 pełnił funkcję dyrektora Zespołu Opieki Zdrowotnej, a potem do roku 2004 był zastępcą dyrektora ds. medycznych. Był pierwszym przewodniczącym Komisji Zakładowej NSZZ "Solidarność" w szpitalu. Kierował też Stacją Pogotowia Ratunkowego. Przed rokiem przeszedł na emeryturę. Nadal jednak pełnił dyżury jako lekarz specjalista w Poradni Chirurgii Ogólnej. Cieszył się dobrą opinią wśród pacjentów. Od ponad dwudziestu lat pracował społecznie w GOPR, jako starszy instruktor i ratownik. Tutaj jego medyczne umiejętności szczególnie się przydawały. - Wielokrotnie uczestniczył w akcjach - mówi prezes Zarządu Głównego i Grupy Krynickiej GOPR Jan Łuszczewski. - Spieszył z pomocą ludziom, którzy jej potrzebowali, ratował ich życie. Dzielił się swoją wiedzą i doświadczeniem z młodszymi kolegami. Pracował też w zarządzie naszej jednostki. Zawsze można było na niego liczyć. Kochał góry, razem z najbliższymi często wędrował turystycznymi szlakami. Świetnie jeździł na nartach. Był naszym serdecznym przyjacielem, człowiekiem wielkiego serca i prawości. Józef Rybski (2 kwietnia 1916 - 15 stycznia 2006) Legendarny mistrz krawiecki, który przed wojną w zakładzie swojego kuzyna w Krynicy szył garnitury na miarę dla najznamienitszych postaci ówczesnego świata polskiej polityki i kultury. Do 80. roku życia prowadził własną pracownię krawiecką przy ul. Zdrojowej w Nowym Sączu. - Ojciec urodził się w Rożnowie - opowiadał dyrektor I LO Aleksander Rybski. - Mając 13 lat pojechał do Krynicy terminować w pracowni swojego kuzyna, dużo od niego starszego, także o tym samym nazwisku. Wówczas garnitury zamawiali tam między innymi marszałek Piłsudski, prezydent Mościcki, nasza śpiewacza chluba, Jan Kiepura. Tata brał też miarę na ubrania od ówczesnej generalicji i duchowieństwa. Krynicki zakład został zamknięty. Syn taty kuzyna zginął podczas wojny. Ojciec podjął samodzielną działalność w Nowym Sączu. Jeszcze cztery lata temu szył mi garnitur. Józef Rybski cieszył się ogromną popularnością w mieście. Zamawiała u niego garnitury i smokingi sądecka inteligencja. Miał rozległe znajomości i kontakty. Był szanowany w branży. Klienci, powołując się na niego, otrzymywali w sklepach najlepsze materiały, od razu z podszewką i dodatkami. Wszystko robił ręcznie, łącznie z wykończeniówką. Gwarantował najlepszą jakość, szyk i elegancję tego, co wychodziło z jego rąk. - Tata, przy tym wszystkim, wychował trzech synów: na matematyka, inżyniera-ciepłownika i lekarza. Zaszczepił w nas zamiłowanie do sportu. Brał udział w międzynarodowych spływach kajakowych ze swoimi uczniami z zakładu. Raz zajął trzecie miejsce. Jeździł świetnie na nartach. Latem brał nas na pływalnie - wspomina Aleksander Rybski. Odszedł jeden z ostatnich mistrzów igły Rzeczpospolitej Sądeckiej. Adam Sieja (12 czerwca 1955 - 20 maja 2006) Prezes Okręgowego Związku Piłki Nożnej w Nowym Sączu. Serce, które bez reszty oddał futbolowi nie wytrzymało kolejnego stresu. Kilkakrotnie wysyłało wcześniej sygnały ostrzegawcze. Lekceważone przez Adresata, któremu wciąż brakowało czasu, by zadbać o swe zdrowie. Odmówiło wreszcie posłuszeństwa, w chwili najmniej ku temu odpowiedniej. W przededniu mistrzostw świata, w końcowej fazie sezonu, kiedy ważą się losy wielu klubów, na kilka tygodni przed od dawna oczekiwaną przez Zmarłego uroczystością rodzinną. W 1974 r. zdał maturę w I LO. Jeszcze w trakcie nauki swoje sportowe pasje realizował jako piłkarz ręczny. Nie dysponował imponującymi warunkami fizycznymi, ale dzięki rzadko spotykanej inteligencji w grze, szybko stał się czołowym zawodnikiem Dunajca. Później, już po ukończeniu studiów we wrocławskiej AWF, skoncentrował się na działalności trenerskiej ze wspomnianym zespołem, by odkryć w sobie miłość do nieco innego rodzaju piłki - tej kopanej. W 1983 r. podjął pracę jako sekretarz w Okręgowym Związku Piłki Nożnej. Wybrano go wkrótce wiceprezesem organizacji, a w 1999 stał się osobą nr 1 w nowosądeckim futbolu. W ub.r. powierzono Mu rządy w kolejnej kadencji. Mimo przebytego zawału, sprawował je z bezprzykładnym poświęceniem do końca. Adam Sieja był osobą nietuzinkową, trudną do sklasyfikowania w którejś z charakterologicznych szufladek. Kochał życie i potrafił korzystać z podsuwanych przez nie atrakcji. Natura obdarzyła go niepodrabialnym poczuciem humoru. Jednym zwrotem, skojarzeniem, spojrzeniem potrafił rozładować największe napięcie. Jawił się zawsze jako dusza towarzystwa, wiedział, jak znaleźć się w każdej sytuacji. A że łatwo można było wyczuć Jego życzliwość nawet dla osób niespecjalnie dobrze Mu życzących, cieszył się rzadko spotykaną popularnością i sympatią ogromnej większości ludzi, w gronie których się obracał. Znano i szanowano Go w futbolowej centrali - wchodził przecież w skład Komisji Rewizyjnej PZPN. Był na "ty" z wszystkimi najważniejszymi personami w polskiej piłce. Nie odmawiały Mu przyjazdu na Nowosądecczyznę takie sławy jak: Grzegorz Lato, Henryk Kasperczak, Antoni Szymanowski. Pracował bez wytchnienia - z pomocą starannie wyselekcjonowanych społeczników, osobiście czuwał nad sprawnym przebiegiem rozgrywek podlegających OZPN. To dzięki Niemu Sądecczyźnie powierzano organizowanie piłkarskich imprez o wymiarze europejskim. Adam Sieja był po prostu dobrym człowiekiem. Kochał futbol. Jeszcze bliższa od tej życiowej pasji była mu jednak rodzina. Wszystko gotów był poświęcić dla dobra żony, córki, dwóch synów oraz będących dlań oczkiem w głowie wnuczek. Bronisław Solecki (15 lutego - 12 stycznia 2006) Operator kablowej telewizji INSAT w Nowym Sączu. Miał zaledwie 49 lat. Był w pełni sił twórczych, do końca niewykorzystanych, ciągle szukający swego miejsca, z którego najlepiej mógłby rozumieć świat i czynnie w nim uczestniczyć. Nie tylko z dociekliwą kamerą w ręku. Bronek chwytał się różnych zajęć, ale najpełniej zaistniał, kręcąc życie sądeczan na gorąco. Dla telewizji INSAT pracował siedem lat. To na tyle długi okres, by wrył nam się w pamięć, jako jeden z najbardziej pogodnych i dowcipnych ludzi związanych z mediami w Nowym Sączu. Z kamerą czy bez, promieniował wokół siebie radosną i ciepłą osobowością. Nigdy nikomu się nie narzucał, ujmował nas skromnością, pozostawał taktownie o krok w tyle, gotów jednak w każdej chwili wyciągnąć pomocną, silną dłoń. Miał subtelne poczucie humoru, bo w ogóle, delikatna dusza wrażliwca kryła się sprężystym, zdrowym ciele. I to właśnie na nie choroba uczyniła zasadzkę. Bóle głowy, które od pewnego czasu mu dokuczały, a które znosił z wrodzonym sobie wyciszeniem i cierpliwością, okazały się zapowiedzią śmiertelnego zamachu na jego życie. Po operacji w Krakowie, wydawało się, że po rekonwalescencji wróci do dawnej aktywności. Tym bardziej, że łudził nas do końca jego niezmiennie pogodny wyraz twarzy, żart i postawa nieakceptacji wszystkiego, co złe, zarówno w nim samym, jak i wokół niego. Wacław Stawarz (13 września 1955 - 27 lipca 2006) Piłkarz, wychowanek Sandecji, w której występy rozpoczął w 1970 r. Dwa lata później grał na środku ataku (i seryjnie strzelał gole) w przywołanej już bardzo silnej drużynie juniorów, prowadzonej przez trenera Ryszarda Aleksandra. Wyróżniał się nie tylko skutecznością, ale przede wszystkich znakomitym wyszkoleniem technicznym - na jego sztuczki dawała się nabierać ogromna większość obrońców rywali - a także nienaganną szybkością. Nieco gorzej radził sobie natomiast w pojedynkach powietrznych. Być może dlatego przegrywał początkowo rywalizację o miejsce w jedenastce seniorów KKS na pozycji centra ze starszym i bardziej doświadczonym Jerzym Bulzakiem. W roku 1974 zadebiutował jednak w pierwszym zespole i pewnie na długo miałby w nim etat, gdyby nie podjęcie studiów w Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie. W mieście tym związał się z trzecioligową Garbarnią, zaliczając w niej kilka dobrych występów. Wkrótce jednak zrezygnował z poważnego traktowania piłki nożnej, ograniczając się do sporadycznego uczestnictwa w meczach toczonych przez Victorię Skalbmierz (za namową prezesa trafił do tego klubu wraz ze wspomnianym Jackiem Bugańskim). Po uzyskaniu tytułu magistra oraz stopnia trenerskiego II klasy państwowej, powrócił do Nowego Sącza, podejmując pracę w Sandecji. Dość nieoczekiwanie powierzono mu obowiązki szkoleniowca pierwszej drużyny seniorów. Był w owym czasie najmłodszym w Polsce trenerem w III lidze. Niebawem poświęcił się szkoleniu trampkarzy. Wkrótce zerwał wszelkie związki z futbolem w sądeckim wydaniu. Skoncentrował się na działalności pedagogicznej. Wychowania fizycznego uczył w SP nr 3, SP nr 13 oraz w Zespole Szkół Mechaniczno-Elektrycznych. Od roku przebywał na emeryturze. Michał Wrona (24 września 1924 - 28 września 2006) Limanowski restaurator, prowadził słynną "Myśliwską", która stała się w latach 60. ub. wieku wizytówką miasta w kraju i za granicą. Za jego kierownictwa restauracja otrzymała trzykrotnie ogólnopolską nagrodę "Srebrna Patelnia Światowida". Po 27 latach kierowania restauracją odszedł do nowo otwartej wówczas restauracji "Jaworz". Dał się poznać również jako działacz limanowskiej turystyki i sportu. Był współzałożycielem Towarzystwa Miłośników Ziemi Limanowskiej, długoletnim wiceprezesem klubu sportowego Limanovia, który za jego kadencji awansował do trzeciej ligi. Stanisław Zaranek (1 lipca 1931 - 4 stycznia 2006) Znakomity sądecki laryngolog, jeden z ostatnich lekarzy starej daty, u którego leczyło się wiele pokoleń sądeczan. Lekarz przegrał nierówną walkę z ciężką chorobą, z którą od dawna się zmagał. Absolwent I LO im. Długosza, w połowie lat 50. ukończył Akademię Medyczną w Krakowie. Po studiach rozpoczął pracę w nowosądeckim szpitalu, z którym był związany aż do 1996 r. Szybko doceniono jego wiedzę i doświadczenie, bo w 1961 r. został zastępcą ordynatora oddziału laryngologicznego, kierował też wojewódzką przychodnią laryngologiczną. Żona dr. Zaranka, Janina, przez całe dziesięciolecia była cenionym w mieście pediatrą. Z medycyną związała się też jego córka Jadwiga, która została stomatologiem. Odszedł kolejny przedstawiciel lekarzy, którzy zawód traktowali jako powołanie do niesienia chorym bezinteresownej pomocy. (PG, MIGA, DW, WCH, SZEL, TOP) , "Nasz Dziennik" 2006-10-31
Autor: ea