Odgwizdać ten mecz
Treść
Przyzna pan, że nieczęsto burmistrz miasta dostaje korkami piłkarskimi po głowie. Choć pańskie rany się podgoiły, to jednak nie milkną echa awantury z pana udziałem, do jakiej doszło po meczu drużyn Limanovii i LKS Zawada.
- Nie dziwię się. Uwijam się po boiskach piłkarskich od lat 60. Jak sięgnę pamięcią do historii spotkań Limanovii i Zawady, nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek doszło do takiego agresywnego zachowania. Wiem, że ma dojść do konfrontacji między naszym kapitanem, kierownikiem drużyny, a kapitanem i kierownikiem klubu Zawada oraz sędziami prowadzącymi mecz. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że jeśli czegoś nie rozstrzygnie się od razu, to potem już jest to bardzo trudne.
Oprócz obszernego listu otwartego z Zawady otrzymaliśmy też anonimowe maile, w których zarzuca się nam nierzetelność, że agresorami czynimy tylko zawodników Zawady, a władzę, czyli pana, oszczędzamy, chronimy, a powinniśmy pana również obciążyć odpowiedzialnością za to, co się wydarzyło. Zacytuję fragment jednego z listów internetowych; "Tytuł artykułu nie powinien brzmieć "bandyci w piłkarskich koszulkach", tylko "pijany burmistrz Limanowej kopnął w brzuch zawodnika Zawady i zaczął bójkę". Tak też ktoś próbował to zobaczyć. A więc był pan pijany, kopnął pan w brzuch sądeckiego piłkarza?
- Gdy ktoś się nie podpisuje, to może wypisywać bezkarnie co mu się podoba. Stanąłem w obronie reportera, który chciał robić zdjęcia. Poza oczywistym powodem, dla którego to miał zamiar robić, był jeszcze jeden. Zaistniała niejasność, czy w drużynie Zawady grali ci, którzy naprawdę powinni. Zdjęcia mogłoby być dowodem przy późniejszej konfrontacji. Jeśli nie ma się dowodów, to po dwóch, trzech tygodniach jest to już prawie niemożliwe do ustalenia. Pojawiają się nagle dokumenty, których nie było, znikają ludzie, których na meczu wszyscy widzieli. A tak są zdjęcia.
Co to znaczy "stanąłem w obronie"?
- Jeden z zawodników Zawady, Michał Rosiek, zachowywał się agresywnie wobec reportera Kuby Toporkiewicza, próbował do niego doskoczyć, więc go odepchnąłem mówiąc: czego chcesz. Nie spodziewałem się ataku i to takiego. Chłopak miał w ręku buty piłkarskie i z całej siły walnął mnie nimi w głowę. Upadłem, zalałem się krwią. Kiedy się dźwignąłem, widziałem, że szamocze się z kibicami na boku. Próbował uciekać do szatni.
Kopnął pan zawodnika w burzuch?
- Skądże. Czy po kopnięciu w brzuch, można tak szybko zareagować, doskoczyć i z taką siłą uderzyć?
Skąd się pan tam akurat znalazł tuż po meczu?
- Przyjechałem dopiero na drugą połowę. Miałem delegację niemiecką, którą zostawiłem na ognisku u strażaków. Potem pojechałem do państwa Wojtasów pod kapliczkę poświęconą Konstytucji 3 Maja. Tam z udziałem naszych miejscowych księży była odprawiana masza święta. Po niej prosto pojechałem na mecz. Siadłem na trybunach. Miałem ze sobą składkowe pieniądze na premie dla zawodników Limanovii za dwa wygrane wcześniejsze mecze. Mamy taki zwyczaj, że w kilka osób zbieramy między sobą jakieś tam kwoty, by przekazać je zawodnikom za grę. Gdy odgwizdano koniec meczu, poszedłem przekazać te pieniądze Aleksandrowi Gargasowi, kierownikowi sekcji piki nożnej. Stał koło budki dla rezerwowych. Wracając, mniej więcej w połowie naszej połowy boiska, spotkałem Kubę, który robił zdjęcia, podszedłem do niego. Usłyszałem, że zawodnikom Zawady brakuje dokumentów, więc poprosiłem Kubę, żeby robił zdjęcia pikarzom, którzy schodzili już z boiska. I wtedy się zaczęły te agresywane zachowania i wymachiwania.
Był pan trzeźwy, czy pijany?
- No wie pan, w tej sprawie mogę wziąć na świadka lekarkę, która udzielała mi pierwszej pomocy. To była lekarka z pogotowia. Może powiedzieć, czy czuła ode mnie alkohol. Na izbie przyjęć w szpitalu opatrywał mnie doktor Sikoń. On także może przecież powiedzieć coś na ten temat tym, którzy próbują mnie w ten sposób obciążyć. Niech wypowiedzą się policjanci, z którymi stałem dość długo. Jeździłem cały czas samochodem. W ogóle sobie tego nie wyobrażam, żebym mógł być w takim stanie. W sprawie tego incydentu nie mam sobie nic do zarzucenia. Odepchnięcie agresownego chłopaka od reportera, który ze względu na podpieranie się kulą ma w ogóle utrudnione poruszanie się i obronę, uważam za najbardziej naturalny odruch.
Działacze i zawodnicy Zawady dowodzą, że tak naprawdę, to była wasza odgrywka za jesień ubiegłego roku, kiedy to poprzedni mecz Limanovii z Zawadą był zweryfikowany na korzyść Zawady, bo z kolei i u was grali zawodnicy nieuprawnieni. Opowiadają o waszych pogróżkach pod ich adresem.
- Mogą sobie mówić, co chcą. Przepraszam, kiedy się odgrażaliśmy? To są ich sugestie. Dokumenty znalazły się po dwóch miesiącach. To była dziwna weryfikacja. Ustalono, że źle zrobiliśmy zmiany, że w miejsce dwóch młodzieżowców wprowadziliśmy zawodników starszych. Byłem wtedy na meczu. I wiem, że nie zrobiliśmy niczego, by przy wyniku korzystnym dwa zero, sami sobie strzelić gola jakimś nierozważnym posunięciem, czyli zagrywką z graczami zrobić sobie samemu krzywdę. No, ale kiedy sprawę się roztrząsa dwa i pół miesiąca po meczu, to takie mogą być skutki.
Odstąpił pan od zgłoszenia napaści na pana do prokuratury. To wielkoduszność, czy obawa przed brnięciem w awanturę, przed przerzucaniem się z chłopakiem oskarżeniami i żeby nie znaleźli się jednak jacyś świadkowie kopnięcia?
- Nie kopnąłem, odepchnąłem, więc nie mam się czego obawiać. Nie czuję się absolutnie winny. Przyjechał do mnie ojciec chłopaka, przeprosił. Przyjechał z prośbą, żebym sprawę zakończył po męsku, bo chłopak studiuje i oficjalne zgłoszenie by mu bardzo zaszkodziło. Powiedział, że już matka zabroniła mu trenować i grać. Pomyślałem sobie, że miałby gdzieś się poniewierać pod budką z piwem, lepiej będzie zaniechać. Zdaję sobie sprawę, że w takich chwilach młodzi mogą zapomnieć o tym, że korki służą do kopania piłki a nie do bicia po głowie. W ogóle, patrząc na to co się stało z perspektywy dobra sportu, pora odgwizdać już ten mecz do końca. Znam doskonale Ryśka Aleksandra, grywałem z Aleksandrami z Zawady przez lata w różnych klasach i nigdy nie było podobnych incydentów. Nie chciałbym, żeby pojawiły się jakieś antagonizmy. Sportowa atmosfera i dobro młodych chłopców jest tu ważniejsze.
Rozmawiał: Wojciech Chmura
"Dziennik Polski" 2006-05-12
Autor: ab