Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Pięć razy naj

Treść

Szóstka podróżników z Tarnowa i Nowego Sącza, związana z Klubem Podróżników El Mundo, wróciła właśnie z Ekwadoru z wyprawy trekkingowej "EcoTrek Chimborazo 2005". Wojciech Knapik, jeden z organizatorów i uczestników wyprawy, opisuje dla nas pięć najmocniejszych wrażeń.

Najniebezpieczniejsze momenty

Wbrew pozorom, najniebezpieczniejsza nie była wspinaczka po lodzie i skale na południowo-wschodniej ścianie Chimborazo, ani nawet nie zejście, przy całkiem realnym zagrożeniu lawinowym. Zęby raków, czekan, lina i dodatkowo znajomość swoich możliwości dają jakieś, choćby częściowo złudne poczucie bezpieczeństwa. Najbardziej chyba dał nam się we znaki szalony kierowca, który wiózł nas z miasta Cuenca do Alausi. Przez ostatnie 50 kilometrów droga poprowadzona jest na niezwykle stromych i eksponowanych stokach. Kto podróżował po Andach, zna te kilkusetmetrowe przepaści, zagrożone obrywami drogi, pozbawione jakichkolwiek barierek. Akurat padał deszcz i szybko zapadał zmrok. Tymczasem nasz kierowca zaczął zachowywać się kompletnie nieobliczalnie. Do zapadnięcia zupełnych ciemności nie używał świateł, w zakręty wchodził z nienaturalnie dużą szybkością, co skutkowało niebezpiecznymi przechyłami. Najwyraźniej zaczęło mu się gdzieś bardzo spieszyć. Ścinanie zakrętów, jazda pod prąd i wymijanie "o włos" to były jego ulubione manewry. Kilka razy wydawało nam się, że to już koniec i nasz autobus na pewno runie w przepaść. Fakt, że przednią szybę zdobiły wizerunki Matki Boskiej i przeróżnych świętych oraz słowa modlitwy, aby dobry Bóg miał nas wszystkich w swojej opiece uspokajały nas, ale tylko częściowo. Po tych przeżyciach, przejazd na dachu pociągu słynną koleją przez Nariz del Diablo to była zaledwie bułka z masłem.

Najzabawniejsze momenty

Było ich wiele. Większość wynikała ze specyficznego, trudno uchwytnego dla osób spoza naszego grona kontekstu. Kapitalna zabawa towarzyszyła nam w trakcie obchodów oktawy Bożego Ciała w Cuenca. Obchody te w tym akurat mieście mają zaiste wybuchowy charakter. Ognie (juegos pirotécnicos) są motywem przewodnim. Najlepsza zabawa jest wtedy, gdy w tłum wpadają strzelające i iskrzące kukły byków. Co sprytniejsi odrzucają petardy, ale większość nie ma szans. Zabawa jest wielopokoleniowa. Palą się staruszki i niemowlęta. Z uznaniem myśleliśmy o wyrozumiałości miejscowej straży pożarnej. U nas nikt nie wydałby zgody na taką zabawę. Wesoło też było w przytulnym schronisku w Quilitoa. Któryś z wieczorów przerodził się w maraton anegdot na temat innych nacji. Nie wiedzieć czemu, największą wesołość wzbudził fakt, że w Polsce filmy dubbingowane są w całości przez jednego i tego samego faceta (zwanego lektorem). Pękaliśmy też ze śmiechu słuchając na targu Indianki, która parodiowała ze słuchu naszą ojczysta, mocno szeleszczącą mowę "popacz jak rusza nuszkami".

Niezapomniany posiłek

Największym wyzwaniem było zjedzenie świnki morskiej. Zdecydowaliśmy się za którymś podejściem. W konsumpcji niektórym przeszkadza fakt, że jedzone zwierzątko patrzy szeroko oczkami i szczerzy ząbki. Smakuje trochę jak królik. W Ekwadorze to narodowy przysmak. Inną przygodę kulinarną przeżyliśmy w górach. Wędrując po Andach zauważyliśmy, że na stromych stokach, nierzadko powyżej 4000 m, uprawia się m. in. nasz poczciwy bób. Zapragnęliśmy świeżego, ugotowanego bobu. Zakup u Indian z wioski nie stanowił żadnego problemu. Wieczorem po całym schronisku zaczął rozchodzić się smakowity zapach. Uczta trwała parę godzin, gdyż bobu było jakieś 5 kg. Z czasem przyłączyli się do nas nasi gospodarze, a potem nocujący w tym samym schronisku Szkoci, Izraelczycy, Czesi i Niemcy. Większość Europejczyków pierwszy raz jadła coś takiego, ale wszystkim bardzo smakowało. Tylko Francuzi siedzieli z boku i przyglądali nam się jakoś dziwnie.

Największe rozczarowanie

Bodaj największe przytrafiło nam się przed wyjazdem. Planowaliśmy go od dawna i odkąd pamiętamy, do Ekwadoru Polacy jeździli bez wiz. Tymczasem okazało się, że w związku z wejściem Polski do Unii Europejskiej został wprowadzony obowiązek wizowy dla Ekwadorczyków przyjeżdżających do Polski i na zasadzie wzajemności - dla Polaków wyjeżdżających do Ekwadoru. Takie - przynajmniej z pozoru logiczne - wyjaśnienie uzyskaliśmy w naszym MSZ. Wiza kosztuje aż 60 dolarów. Strasznie drogo. Każdy podróżnik zna znacznie ciekawsze sposoby wydania 60 USD, niż na nikomu niepotrzebny stempelek. W Ekwadorze 6 dolarów to kwota, która oszczędnemu wędrowcowi pozwala opłacić tani hotel i całodzienne wyżywienie na dokładkę. Tymczasem już na miejscu okazało się, że jesteśmy bodaj jedyną nacją, która potrzebuje wiz do Ekwadoru. Najlepszy dowód, że w dalszym ciągu bez wiz do Ekwadoru wyjeżdżają Czesi. Panowie z Ministerstwa, ktoś tu kręci!

Najmilsza niespodzianka

Ludzie. Mieszkańcy Ekwadoru. Niezwykle uczynni, uczciwi, otwarci i pogodni. Byliśmy w wielu krajach i stamtąd czerpiemy odniesienia. Chociaż wiemy z relacji innych podróżników, że niektórzy wynieśli mniej entuzjastyczny odbiór tego kraju. Nas Ekwadorczycy ujęli swoim nadzwyczajnym, życzliwym podejściem do życia i innych ludzi. Około 30 proc. populacji stanowią Indianie, a dalsze 40 proc. Metysi. Pozostałe 30 proc. to potomkowie białych kolonizatorów oraz czarnych robotników, sprowadzanych tu niegdyś na plantacje. Górale nazywają sami siebie "serranos", a ludzi osiadłych na wybrzeżu "costenos" lub pogardliwie "monos", nie mając o sobie nawzajem najlepszego zdania. Większość mieszkańców żyje skromnie i pracowicie. W trakcie całej wyprawy nie spotkała nas, żadna niemiła przygoda, przejaw nieuczciwości czy choćby próba zarobienia na nas jakichś dodatkowych pieniędzy, np. przez podnoszenie cen na towary czy usługi nabyć. Przeciwnie, wielokrotnie zaskakiwani byliśmy przejawami sympatii i bezinteresownej pomocy. A to ktoś w środku nocy zadeklarował, że zaprowadzi nas hotelu, gdzie chcieliśmy przenocować, a to ktoś inny, że zmieni plany i podwiezie nas do wioski w przeciwnym kierunku, zamiast jechać na targ. Zauważyliśmy, że pieniądze nie są dla tych ludzi szczególną wartością, bardziej ceni się tu przyjaźń, rodzinę i zabawę.

Wojciech Knapik, Założyciel Klubu podróżników EL Mundo

Więcej o wyprawie znajdziecie na stronie internetowej: http://wyprawy.onet.pl/8410,rel,1114666,6,ekspedycja.html

21 czerwca (we wtorek) o godz. 18 Klub Podróżników EL Mundo zaprasza na spotkanie z uczestnikami wyprawy EcoTrek Chimborazo. Wrażeniami prosto po przylocie z Ekwadoru podzielą się Marysia i Kuba Józefiakowie. Będą slajdy i dużo andyjskiej muzyki. Miejsce spotkania: Kawiarnia Prowincjonalna, róg Wąsowiczów i Kościuszki.

"Dziennik Polski" 2005-06-17

Autor: ab