Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Piętro niżej

Treść

NOWY SĄCZ. Na inaugurację Wieczorów Małopolskich w nowosądeckim "Sokole" Teatr Ludowy z Nowej Huty przywiózł sztukę Janusza Głowackiego "Antygona w Nowym Jorku", uznaną za jeden z najlepszych jego tekstów. Za tło ma świat bezdomnych Nowego Jorku, choć tak naprawdę roztrząsa los człowieka, który spadł na dno ludzkiej egzystencji nie zatracając przy tym podstawowych wartości, za które gotów oddać życie. W tym sensie sztuka buduje wiarę w człowieka.

Najpierw słów kilka o okolicznościach, w jakich przedstawienie pokazano. Rzędy foteli ustawione zostały na scenie z wykorzystaniem jej głębokości, przez co osiągnięto złudzenie nowej zupełnie sali kameralnej. Stworzyła się dzięki temu bliskość z aktorami, grającymi w sposób stonowany, rzadko podnoszącymi głos. W ogóle reżyser Piotr Szalsza, na stałe mieszkający w Wiedniu postawił na wewnętrzny dramat ludzi. Ograniczył widok ludzkiego śmietnika do minimum, nie epatował widzów brudem i łachmanami. Scenografia była ascetyczna, zachowanie postaci powściągliwe, żeby nie powiedzieć delikatne. Osiągnął przez to skupienie na tym co mówili i przeżywali. Innymi słowy, zawierzył Głowackiemu, który otarł się o ten świat w swojej emigracyjnej wędrówce.

Choć miejscem dramatu jest nowojorska kraina bezdomnych, to jednak "Antygona w Nowym Jorku" nie jest sztuką o bezdomności w ogóle. Taki dramat, o chorobie bezdomności i ludziach nią zarażonych, można by napisać z powodzeniem także w Nowym Sączu. Głowacki obserwuje zachowania swoich bohaterów na emigracji piętro niżej niż czynił to przed nim Sławomir Mrożek w "Emigrantach". Mrożkowa para polskich emigrantów, intelektualista i prostak, gnieździ się w piwnicy pod schodami, w budynku mieszkalnym, gdzie normalnie toczy się życie. Fizyczny ciężko tyra i jednak zarabia jakieś pieniądze, umysłowy cały czas filozofuje i ma nadzieję, że kiedyś wyda książkę. Ich dialogi obnażają narodowy charakter i z dystansu obczyzny próbują spojrzeć na Polaków uwikłanych w komunizm. Dla Głowackiego, który napisał sztukę w 1992 roku ta kwestia nie ma racji bytu. Jego para bohaterów zabrnęła w upadku dalej. Nie ma już pracy, domu, perspektyw. Intelektualistą w nowojorskiej "Antygonie" jest rosyjski Żyd, niespełniony artysta malarz. Prostakiem - polski pijaczek i złodziejaszek żerujący na kamratach z bezdomnego podziemia. To wizerunek złego Polaka. Zawstydza. Zestawienie obu postaci pozwala Głowackiemu rozbebeszać polsko-żydowskie animozje. Obaj, chcą tak samo jak ich starsi koledzy z piwnicy, wrócić do własnych ojczyzn, zmienić własne życie. Te tęsknoty łączą ich z resztą ludzi i dają nadzieję, także widzom.

No i jest ona, Portorykanka Anita, która niczym antyczna Antygona postanawia pochować w miejscu, gdzie koczował, swojego ukochanego. Wyrzucona przez policję z parku wiesza się pozbawiona złudzeń co do ludzkiej miłości. Figura to trochę retoryczna, ale wielka moralnie świadcząc, że człowieczeństwa nie są w stanie przykryć najbrudniejsze łachmany.

(WCH) , "Dziennnik Polski" 2006-09-27

Autor: ea