Po łyżce z talerza
Treść
NOWY SĄCZ. Czy grozi zamknięcie stołówek szkolnych?
Ajenci prowadzący szkolne stołówki w Nowym Sączu zapowiadają możliwość wycofania się z działalności w placówkach oświatowych po otrzymaniu ponagleń do zapłaty podatku od nieruchomości, naliczonego za dwa lata wstecz. Niektórym dało to sumę powyżej 10 tys. zł. Urząd Miasta twierdzi, że nowelizacja ustawy podatkowej obowiązująca od 2003 roku nakłada na wszystkich prowadzących działalność gospodarczą w obiektach gminy obowiązek podatkowy. Stołówki szkolne uchowały się do tej pory bez opłat.
Pisma z Wydziału Wymiaru i Księgowości Podatków Urzędu Miasta rozesłane do ajentów wywołały ogromne poruszenie.
- Trudno tłumaczyć osoby prowadzące działalność gospodarczą nieznajomością prawa. Same powinny wiedzieć o swoich obowiązkach - komentuje wysłane pisma dyrektorka wydziału Małgorzata Adhami. - W momencie, gdy powzięliśmy wiedzę, że nie płacą podatków, wystosowaliśmy odpowiednie pisma powiadamiające o postępowaniu w sprawie wymiaru podatku od nieruchomości za lata 2003-2005.
- Dotyczy to w tym samym stopniu stołówek szkolnych, co na przykład szkolnych sklepików, prowadzonych przez ajentów - kończy Małgorzata Adhami.
- Płacę od dwóch lat - potwierdza słowa Małgorzaty Adhami Zofia Woźniak, szefowa niepublicznego "Domowego przedszkola" w budynku miejskim, zajmowanym przez Szkołę Podstawową nr 9 i Gimnazjum nr 6.
W Limanowej miasto nie wyzbyło się etatowych pracowników, przygotowujących posiłki.
- Kucharki zatrudniane są w szkołach na takich samych zasadach, jak sprzątaczki czy personel pomocniczy - wyjaśnia Zbigniew Kapturkiewicz z Urzędu Miasta. - Nie mamy więc z tym problemów. Zresztą z tego powodu nas obiady są tanie, kosztują dwa złote, bo liczony jest tylko wsad do kotła. Jest więc na nie bardzo wielu chętnych.
Kucharka prowadząca dożywianie dzieci w nowosądeckiej Szkole Podstawowej nr 2 od 35 lat, a od 12 lat na własny rachunek, jako ajentka będzie musiała teraz płacić 1800 zł z wyrównaniem za trzy lata. Podatek zależy od wielkości dzierżawionej powierzchni, od której ajenci płacą osobno szkole za prąd i gaz. W przypadku Szkoły Podstawowej nr 9, gdzie kuchnia z zapleczem jest duża, roczna kwota podatku sięga 4 tys. zł, a z wyrównaniem trzy raz tyle. Duże stołówki mają SP nr 20 i SP nr 18.
- Kto to zapłaci i z czego? - mówią ajenci z innych szkół. Myślą o spotkaniu, o wspólnym stanowisku. - Nie można nas traktować w ten sam sposób, jak dzierżawców sklepów w rynku. My tak naprawdę prowadzimy w dużej mierze działalność charytatywną i nie utrzymalibyśmy się, gdyby nie dofinansowanie posiłków z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. A przecież nie wszystkie dzieci mają taką pomoc. Karmimy też często głodnych uczniów, nie biorąc grosza. To tak, jakby jedną ręką nalewać do talerza a drugą wybierać łyżka po łyżce.
Dyrektor Adhami zwraca uwagę, że niektórzy wystąpili do miasta z prośbą o umorzenie podatków i być może jakieś ulgi zostaną zastosowane.
Szefów stołówek to jednak generalnie nie zadowala. Mówią, że takie podatki wykluczają inwestycje, a sprzęt kuchenny w wielu wypadkach wymaga wymiany. Zaostrzyły się wymagania sanitarne. Całe zaplecza kuchenne są do remontu.
- Próbujemy się teraz podliczyć i zobaczymy, czy dalsze gotowanie obiadów nam się opłaci - mówi jedna z ajentek. Na razie władze oświatowe nie zabrały jeszcze stanowiska w tej sprawie. Zaniepokojeni są coraz bardziej dyrektorzy szkół. System stołówkowych ajentów miał zdjąć z sądeckiej oświaty problem dożywiania dzieci. Okazuje się jednak, że do końca tak się nie stało. Dla niejednego dziecka ciepły posiłek w szkole, to jedyne pożywne danie, na jakie może liczyć w ciągu dnia.
(WCH)
"Dziennik Polski" 2005-11-14
Autor: mj