Powrót do lat młodości
Treść
Iga Michalec
Na doprowadzony do porządku stary, ewangelicki cmentarz położony niemal w centrum Stadeł, przyszło w niedzielne popołudnie wielu mieszkańców wsi. Byli też mieszkańcy Podegrodzia, Podrzecza i innych miejscowości. Całymi rodzinami, starzy i młodzi. Pojawili się również ci, którzy pamiętają przedwojenne czasy i ostatnie pochówki, jakich dokonywano na tym niewielkim, "niemieckim" cmentarzu. Za pochowanych tu przed laty zmarłych modlili się podczas nabożeństwa ekumenicznego Paweł Badura, proboszcz parafii ewangelicko-augsburgskiej w Nowym Sączu i ks. Józef Wałaszek, proboszcz parafii w Podegrodziu.
Jeszcze przed rokiem cały teren pokryty był bujną, niekoszoną od lat trawą i dziko rosnącymi krzewami. Nikt nie dbał o okalający go żywopłot. Niewiele też pozostało z kamiennych nagrobków. Czas, a może i ludzie, zrobili swoje. Rozpadła się większość pomników, na wielu z nich zatarły się napisy.
Stan taki zastali przed rokiem Gertrude Thiele, emerytowana profesor filozofii Uniwersytetu Drezdeńskiego i Ewald Butz z Wuppertalu, będący w Polsce z małżonką. Stadła to miejsce ich urodzenia, spędzili tu wczesne dzieciństwo. Profesor Thiele uczęszczała nawet do miejscowej szkoły powszechnej. Po wielu, latach, tak z czystej ciekawości, postanowili odwiedzić strony, zapamiętane z młodości. Stadła zmieniły się - ich zdaniem - zdecydowanie na korzyść. To uporządkowana, zasobna wieś.
Ich przewodnikiem po Stadłach i okolicy jest Stanisław Banach, mieszkaniec wsi, nauczyciel przysposobienia obronnego w Zespole Szkół Samochodowych w Nowym Sączu, z zamiłowania historyk, zajmujący się dziejami tych terenów.
- Po wizycie na cmentarzu było mi po prostu wstyd - wspomina. - Jak miałem wytłumaczyć im obraz, jaki zastaliśmy. Wstyd mój wzrósł, gdy dowiedziałem się, że w tym miejscu spoczywają przodkowie rodziny Butz, a także przodkowie pani profesor. Pomyślałem tylko, że źle to świadczy o społeczności, która traci pamięć o zmarłych i postanowiłem ten stan w jakiś sposób zmienić.
Pora na działanie przyszła po wyjeździe niemieckich gości. Stanisław Banach porozmawiał najpierw z sołtyską wsi Czesławą Ruchałą. Postanowili, że należałoby powołać społeczny komitet, który zajmie się odnową cmentarza. W jego skład weszli jeszcze: Kazimierz Witkowski, Adam Konstanty i Stanisław Hilger, pochodzący z Łącka, przyznający się do niemieckich korzeni. Rozpoczęły się wizyty u włodarzy gminy i w Starostwie Powiatowym w Nowym Sączu. Członkowie komitetu uzyskali tam obietnicę pomocy finansowej. Nie ograniczono się jednak tylko do tego typu wizyt. Pukano również do właścicieli prywatnych firm z terenu gminy z prośbą o wsparcie. Udzielili go: Wiesław Czop, Stanisław Dyrek, Stanisław Cabała, Marian Janik, Adam Jurkowski, Robert Sajdak, Marek Wójcik, Marek Olszak i Stanisław Hilger. Pomocy nie odmówiła też miejscowa Ochotnicza Straż Pożarna. Jej członkowie, szczególnie przedstawiciele młodzieżowej drużyny oraz sami mieszkańcy poświęcili wiele godzin na porządkowanie cmentarza. Z chwastów i zarośli zaczęły wyłaniać się powoli nagrobne tablice. Jest ich w sumie ponad trzydzieści. Na wielu z nich zatarły się już napisy. Z niektórych można jednak odczytać, że spoczywają tu mieszkańcy tej ziemi, mający niemieckie korzenie jak chociażby: Barbara Hoffmann żyjąca w latach 1830-1902, August Hell (1852-1894), czy Dorothea Gerhardt (1848-1888). W ramach prowadzonych prac odnowiono też obelisk poświęcony pamięci zmarłych. Zbudowano do niego dojście, które wyłożono kostką granitową. Przycięto żywopłot, okalający cmentarz.
- Nasza wieś była przed wojną w zasadzie dwuwyznaniowa - mówi Stanisław Banach. - Na 418 mieszkańców 216 było wyznania rzymskokatolickiego, 193 wyznania ewangelicko-augsburskiego i dziewięciu mojżeszowego. Polacy zamieszkiwali bliżej Dunajca, zaś koloniści środkową część wsi. Bezpośrednio przed wojną i po jej wybuchu wójtem Stadeł był Martin Froehlich, człowiek, który starał się integrować zamieszkałych tu ludzi.
Akcja kolonizacyjna terenów naddunajeckich rozpoczęła się kilka lat po I rozbiorze Rzeczpospolitej (1782-1787). Na podstawie edyktu cesarza Józefa II na tereny te przybyli z Hesji, Badenii, Witembergii, Lotaryngii i Górnego Śląska niemieccy osadnicy. Zamieszkali w Biczycach, Świerkli, Juraszowej, Chełmcu. Najwięcej jednak w Stadłach i Gołkowicach. Wprowadzili swój styl budownictwa, wyróżniający się stawianiem domów szczytem do drogi i charakterystycznymi bramami, zachowanymi jeszcze do dzisiaj, szczególnie w Gołkowicach.
Koloniści niemieccy w nowej ojczyźnie szybko pokazali, że są dobrze zorganizowaną grupą. To właśnie oni byli inicjatorami wspólnych inwestycji. W Stadłach postawili między innymi zbór ewangelicki, który później przeniesiono do Świniarska, a w ubiegłym roku do nowosądeckiego skansenu, jako obiekt zabytkowy. W 1893 r. oddano w Stadłach do użytku murowaną szkołę powszechną, która po wielu modernizacjach służy dzieciom do dzisiaj.
- Ja też chodziłam do tej szkoły - wspomina prof. Gertrude Thiele, z domu Froehlich. - Wnętrze trochę się zmieniło. Mam stąd bardzo miłe wspomnienia o nauczycielach, koleżankach i kolegach, z którymi razem uczyłam się. Nie było między nami żadnych animozji. Niestety, większość z nich już nie żyje. Cieszę się, że dane mi tu było powrócić, że mogłam zapalić symboliczny znicz dla tych, którzy są pochowani na tym cmentarzu. Część grobów zapadła się już zupełnie w ziemię, ale najważniejsze, że została pamięć. Serdeczne słowa podziękowania należą się tym wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że to miejsce zostało przywrócone ludzkiej pamięci.
Z dużym uznaniem o inicjatywie Stanisława Banacha i wspierających go ludzi mówi też Ewald Butz, kolejny gość z Niemiec, który przyjechał do Stadeł.
- Wyjechałem stąd z rodzicami jako siedmioletni chłopiec w 1945 r. - wspomina. - Taki był wówczas nakaz. Nie pamiętam wiele z tamtego okresu, ale na wystawę zaprezentowaną w tutejszej szkole, poświęconą historii osadnictwa niemieckiego na Sądecczyźnie, przysłałem panu Stanisławowi Banachowi wiele zdjęć, obrazujących życie w tej wsi przed wojną, które przejąłem w spadku po rodzicach.
Wystawę przygotowali wspólnie Stanisław Banach i Elżbieta Kosińska, obecna dyrektorka szkoły, która ma pod opieką ok. 60 dzieci w klasach 0-6. Uczniowie ze Stadeł przygotowali specjalny program artystyczny w języku polskim i niemieckim, o którym goście zza zachodniej granicy wyrażali się bardzo ciepło. Przypominał im bowiem dziecięce lata, spędzone na sądeckiej ziemi.
O kolonistach niemieckich dużo można dowiedzieć się od Kunegundy Szabli, mieszkanki wsi, która mając 19 lat trafiła w 1940 r. na służbę do Johana i Emilii Brunnerów, dzięki czemu nie została wywieziona na roboty do Niemiec. W domu Brunnerów opiekowała się dziećmi, zajmowała bydłem, końmi, wykonywała inne prace gospodarskie. U osadników miała zapewniony dach nad głową i jedzenie. To wystarczało. Ciepło wspomina swą pracodawczynię, Emilię. Teraz dowiedziała się, że żyje jeszcze w Niemczech syn Brunnerów - Reinhold.
- Ostatnim pochówkiem na tutejszym cmentarzu był chyba pogrzeb Johana Schmidta - mówi. - Był to młody mężczyzna, który zakochał się w Polce, mieszkającej w Barcicach lub Rytrze. Spodziewali się dziecka. Gdy od władz nadeszło w 1944 r. polecenie wyjazdu Niemców, on odmówił, nie chcąc rozstawać się z dziewczyną. Kilka dni później został chyba zastrzelony. Podobny los spotkał jego narzeczoną, nie mogącą się pogodzić z losem.
Z Brunnerami związane są też losy Stanisława Banacha. Jego dom stoi na działce, która w przeszłości była własnością Brunnerów. Po wojnie odkupił ją ojciec Stanisława i tu się zadomowił. Dzięki pomocy różnych osób, Stanisław Banach odszukał syna dawnych właścicieli - Reinholda, mieszkającego obecnie w Lipsku. Stadłecki historyk ma nadzieję, że w przyszłym roku dojdzie do ich spotkania.
Niemieckich kolonistów dobrze wspominają też blisko 80-letni Jan Ciągło, ojciec obecnej sołtys wsi Czesławy Ruchały i Stanisław Popardowski.
- Byli wśród nich ludzie różni - mówią. - Jedni lepsi, drudzy gorsi. Dobrze się jednak stało, że nasi mieszkańcy uporządkowali niemiecki cmentarz. Bo ta inicjatywa dobrze świadczy o nas. Zmarłym należy się szacunekNiecodzienną uroczystość zakończyły występy miejscowych uczniów. Oklaskiwali je wspólnie niemieccy goście i ludzie, którzy zgromadzeni wokół Stanisława Banacha uczynili krok, może mały, na miarę tej wsi, do pojednania między dwoma narodami. Przyszedł na nie czas, bo od wojny upłynęło już 60 lat.
"Dziennik Polski" 2005-09-23
Autor: ab