Prof. A. Grzywacz: Rezerwat przyrody to nie muzeum – ingerencja człowieka może być konieczna
Treść
Czy pozostawienie lasu całkowicie bez ingerencji człowieka zawsze oznacza najlepszą ochronę przyrody? Prof. Andrzej Grzywacz, były dziekan Wydziału Leśnego i były prorektor Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, przekonuje, że nie. Zdaniem eksperta rezerwaty są potrzebne, ale muszą być objęte stałą obserwacją, monitoringiem. „Nic nierobienie im nie służy”- wskazuje.
Rezerwaty przyrody mają chronić najcenniejsze fragmenty środowiska, zachowywać różnorodność biologiczną i stanowić zaplecze dla nauki, edukacji oraz przyszłych działań ochronnych. W Polsce jest ich już niemal 1600, a ich łączna powierzchnia sięga około 178 tys. hektarów. Jak wskazywał prof. Grzywacz, zdecydowana większość tej powierzchni znajduje się na terenach państwowych, przede wszystkim w Lasach Państwowych.
Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy rezerwat traktowany jest jak obiekt, który raz powołany ma pozostać niezmienny. To – jak przekonuje ekspert – przyrodzie nie służy.
– Rezerwaty są potrzebne dla nauki, dla ochrony, zasobów leśnych, są potrzebne dla edukacji, ale to nie jest coś, i to jest główna myśl mojego wystąpienia, coś stałego, co zupełnie inaczej jak w muzeum, gdzie można zakonserwować jakiś obiekt, jakiś artefakt, ale w warunkach określonej temperatury, określonej wilgotności można przechowywać, no zażartuję teraz prawie w nieskończoność, rezerwat to jest cały czas przyroda żywa, coś się zmienia, coś starzeje, coś się odnawia, więc chciałbym żeby słuchacze Radia Maria zrozumieli, że jest to cały czas w ruchu przyroda i stąd taka pewna opieka, obserwacja, monitoring leśników, gospodarzy tego terenu jest potrzebna – zauważa profesor.
Monitoring jest potrzebny, bo pozwala podjąć decyzję jak dalej z takim rezerwatem przyrody postępować a nie każdy obiekt – jak zauważa ekspert – wymaga takich samych działań. W jednym miejscu człowiek powinien ograniczyć swoją ingerencję do minimum, w innym jest ona potrzebna, by zachować konkretny gatunek lub siedlisko. Przykładów – jak mówi profesor – jest wiele.
– W Nadleśnictwie Toruń, obręb Olek, jest takie stanowisko na murawach kserotermicznych, takiej wyjątkowo pięknej, w sensie takim estetycznym trawy. Nazywa się Ostnica Jana. Ją cały czas trzeba pilnować, aby nie doprowadzić do samosiewu drzew. Ta trawa musi być na słońcu, nie może być zacieniona, więc trzeba tam pilnować tych dobrych warunków. Taka ostnica rośnie swobodnie na terenach rozległych stepów Ukrainy i Kazachstany, ale u nas to jest coś wyjątkowego, dlatego się ją chroni. Ale mamy też drugi przykład, w drugą stronę – Nadleśnictwo Lubsko. To jest najuboższe z możliwych siedlisk. Tam w zasadzie poza sosną nic nie wyrośnie. To nie jest tak, że leśnicy sobie posadzili sosnę zamiast jakiś tam wspaniałych buków. Tam ubóstwo jest tak duże, że tylko sosna toleruje takie środowisko – tłumaczy profesor.
Profesor nie pozostawia wątpliwości, że ochrona czynna nie jest dla niego przeciwieństwem ochrony przyrody. Przeciwnie – w określonych sytuacjach może być warunkiem jej skuteczności. Sam fakt istnienia rezerwatu nie gwarantuje zachowania wartości, dla której został powołany.
– Ja tu nie ukrywam, że jestem zwolennikiem takiej czynnej ochrony. Oczywiście jak najmniej udziału człowieka, ale czasami coś trzeba zrobić nawet w takim zwykłym rezerwacie. Nic tam specjalnego nie ma, ale uznano, że dla lokalnych, regionalnych warunków jest to ciekawe środowisko, siedlisko. No czasami drzewo się przewróci, czasami uschnie, trzeba je wyciąć dla bezpieczeństwa ludzi, dla zwiedzających, dla naukowców prowadzących doświadczenia itd. Mamy taki problem, to jest bardzo trudna dyskusja z tymi ruchami ekologicznymi, że są rezerwaty, mamy ich nazwy, wiemy gdzie leżą, gdzie cel ochrony niestety już nie istnieje – mówi.
Profesor poskreśla, że wyłączenie – jako rezerwat ścisły – dużego obszaru, jest błędem.
– Niedawno w Nadleśnictwie Suchedniów wyłączono 3000 hektarów żywostanów jodłowych ideologicznie. Każdy kto zna jodłę wie, że ona jest niezwykle cienioznośna i cała gospodarka leśna polega na tym, że trzeba wyciąć te najstarsze, te już u kresu swoich sił, które są podatne na szkodniki, na choroby, żeby zrobić miejsce temu pokoleniu następnemu, który jest w podroście, który jest na dnie lasu i tam co 5-10 lat trzeba wejść, trzeba pewne już wyjąć, pozyskać to drewno, wykorzystać, kiedy jeszcze nie jest rozłożone, zgniłe, spróchniałe i dać miejsce następnemu pokoleniu. Wyłączenie jako rezerwat ścisły takiego wielkiego obszaru jest błędem, jest błędem ideologicznym niestety na podstawie tak zwanej Europejskiego Zielonego Ładu. Mówię to prostym językiem, jakoś ministerstwo nie słucha doświadczonych leśników, nie słucha naukowców, którzy mają konkretne argumenty, bo ktoś uważa, że nic nierobienie to jest najlepszy sposób ochrony przyrody, oczywiście tak nie jest – tłumaczy gość Radia Maryja.
Prof. Grzywacz podkreślał, że leśnicy przez dziesięciolecia obserwują procesy zachodzące w lasach i posiadają doświadczenie, którego nie można pomijać przy podejmowaniu decyzji dotyczących ochrony przyrody.
Cała rozmowa z prof. Andrzejem Grzywaczem dostępna jest [tutaj].
radiomaryja.pl
źródło: radiomaryja.pl, 31 sierpnia 2026
Autor: dj