Serca balują
Treść
Maturalna klasa IV c z Technikum Elektrycznego w Nowym Sączu nie pójdzie na swój jedyny w życiu bal studniówkowy. Chłopcy z rodzicami i wychowawczynią postanowili przeznaczyć zebrane pieniądze na zakup protezy dla ciężko chorego kolegi, którym praktycznie od ponad roku opiekuje się cała grupa 32 uczniów. - Jeśli przejdzie pomyślnie kolejną operację, przywieziemy go z Warszawy i w dzień studniówki spędzimy z nim wieczór - mówią jego koledzy.
Dyrektor Zespołu Szkół Elektryczno-Mechanicznego w Nowym Sączu Kazimierz Sas nie może o tym wszystkim mówić bez wzruszenia. Podobnie było, kiedy w środę, podczas wywiadówki, informował przez radiowęzeł o Jarku i o geście solidarności z nim tych wspaniałych chłopców. Uczył go przez dwa pierwsze lata podstaw elektroniki i elektrotechniki. Z miesiąca na miesiąc dochodziły do niego coraz bardziej dramatyczne wieści o nim i o rodzinie.
- Jego choroba, śmierć ojca w drugim miesiącu wakacji. I ta biedna mama, która mając jeszcze dwie córki na utrzymaniu, dojeżdża codziennie do krynickiego szpitala do pracy. Są naprawdę wśród nas cisi bohaterowie walki z cierpieniem. Byłem w ich klasie na opłatku wigilijnym przed świętami - opowiada dyrektor Sas. - Wchodzę i słyszę: niczego sobie nie życzymy, tylko zdrowia dla Jarka. Potem milczące przełamywanie się opłatkiem. Tej atmosfery nie da się opisać.
Wicedyrektor Krystyna Rembiasz, podobnie jak jej koledzy, cały czas towarzyszy ciężkiemu losowi chłopca. Opowiada także o tej wyjątkowej wigilii:
- Przywieźli go do szkoły, a on, posługując się protezą, rozpromieniony, bez niczyjej pomocy wszedł na drugie piętro na spotkanie z klasą. Czuć było jego ogromną chęć życia w gromadzie, bycia normalnym, tak jak inni. Nawet coś o piwie potrafił zagadać - mówi wicedyrektor Rembiasz. - Nieraz wspomina, jak bardzo chciałby studiować. Najchętniej, powiedział kiedyś, widziałby siebie w pracy w banku.
Jarek w tym roku kończy 20 lat. Od początku ostatniego roku technikum ma nauczanie indywidualne. Na koniec trzeciej klasy był normalnie klasyfikowany. Potem zaczęło się leczenie, które trwa do dziś. Amputacja nogi, uciążliwa chemia w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie. Od 27 grudnia jest w szpitalu. Esemesuje z wychowawczynią, która stała się dla niego drugą matką.
- Pamiętam nasze zaskoczenie rok temu - przypomina obecna wychowawczyni Urszula Dara, która przejęła klasę po Antonim Kiemystowiczu - gdy dowiedzieliśmy się, że Jarek jest chory. Ta choroba nie ma z początku symptomów zewnętrznych. Klasa odbywała akurat praktyki w warsztatach. Nie kontaktowaliśmy się tak często. I jak się okazało, wszyscy, niezależnie od siebie, zaczęliśmy się zastanawiać, co możemy dla niego zrobić. Dowiedziałam się, że od razu, spontanicznie, koledzy zebrali 700 zł. Właściwie to oni inicjowali każdą akcję. Ja im tylko pomagałam. Zrozumiałam wtedy, że te wszystkie opowieści o piwie i wystawaniu młodzieży pod marketem, mijają się jak najgłębiej z tym, co ci młodzi ludzie naprawdę mają w sercach.
Szkoła dowiedziała się o Jarku więcej, gdy zorganizowano aukcję prac i sprzedaż różności pod hasłem "Stoliczek Wielkanocny". Do pomocy włączyli się młodsi, z obecnej klasy IIIb Katarzyny Tekieli. Rodzice także. Między innymi Maria Zasadni przyniosła swoje domowe wypieki.
- Na sprzedaż wystawiono między innymi pisankę ze strusiego jajka, którą potem Jarek otrzymał w prezencie - przywołuje wydarzenia z naprawdę wielkiego tygodnia w szkole Elżbieta Boruch, przewodnicząca Rady Rodziców, ucząca w IVc historii i wiedzy o społeczeństwie. Utrzymuje z Jarkiem stały kontakt na gadu-gadu. Wczoraj, trochę za przyczyną naszych odwiedzin, ta lekcja stała się szczególną nauką o klasowej społeczności.
Szymek Mucha wozi Jarka samochodem na zabiegi do Warszawy. To czasem jest częściej, niż raz w miesiącu. Transport załatwiał także jeden z jego najbliższych przyjaciół, Jarek Karpiel. Niemal nie odchodzi od niego, gdy jest w domu w Nowym Sączu, albo w tutejszym w szpitalu. Podobnie, jak inny jego serdeczny kumpel, Grzesiek Radomski.
- Nigdy nie robiliśmy z tego rozgłosu, to wszystko było dyskretne. Nie chcielibyśmy, żeby Jarkowi było przykro, że zrezygnowaliśmy z zabawy. Można mieć ogromną satysfakcję, nie idąc na studniówkę - Łukasz Twardowski, Wojtek Garbacz i Rafał Zasadni zostali specjalnie po lekcji, żeby to powiedzieć.
- Decyzja, że balu nie będzie, zapadła dość dawno - poinformowała nas szefowa klasowej trójki Lucyna Waśko, która zbierała w klasie pieniądze. Wszyscy wpłacili solidarnie. Do protezy dołożyła się także fundacja Jolanty Kwaśniewskiej.
- Jarek ma teraz chemię. Jeśli wyniki będą dobre i przejdzie pomyślnie operację płuc, w planowany dzień studniówki zrobimy sobie razem z nim jakieś spotkanie - zapowiada Michał Dziubiński, który też nie spuszcza kolegi z oka.
Najlepsza zabawa jest wtedy, gdy serca balują. I to po chłopcach widać.
Wojciech Chmura
"Dziennik Polski" 2006-01-13
Autor: ab