Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Solidarne porażki

Treść

Nie udał się wyjazdowy weekend przedstawicielom sądeckiego okręgu w piłkarskiej III lidze. Wyprawy zarówno Kolejarza do Sanoka, jak i Sandecji do Zabierzowa przyniosły zerowy efekt punktowy. Bramkowy zresztą również. Porażki bolą, choć przecież to sport, który ma to do siebie, że muszą być zwycięzcy i przegrani. Kibiców bardziej niepokoi jednak styl, w jakim zaprezentowali się nasi reprezentanci. Z głosów dochodzących z boisk rywali wyciągnąć można wniosek, że owe porażki mogły być dotkliwsze. Na załamywanie rąk zwyczajnie nie ma czasu. Za kilka dni kolejne mecze. Tym razem na własnych stadionach. Spotkania te wypadałoby wygrać.

"Dołek" głębszy niż się zdawało?

Nic nie wyszło z zapowiadanej rehabilitacji stróżan za ich nieudane, stoczone na własnym terenie spotkania ze Stalą Stalowa Wola i Wierną Małogoszcz. Innymi słowy, podopieczni trenera Krzysztofa Łętochy nie stanęli na wysokości zadania, choć w Sanoku walczyli ambitnie i - mimo beznadziejnego wyniku - do ostatniego gwizdka sędziego. Bez zwycięstwa w III lidze pozostają od trzeciej kolejki spotkań, w której uporali się, nie bez trudu zresztą, z rezerwami krakowskiej Wisły. 8 zgromadzonych punktów pozwala beniaminkowi (o tym należy pamiętać!) na okupowanie w tabeli wciąż nienajgorszej, jedenastej lokaty. Ale tę alergię na wygrywanie zawodów trzeba jak najszybciej zwalczyć.

Zdaniem trenera

Krzysztof Łętocha: - Gra się tak, jak przeciwnik pozwala. W pierwszej połowie nie zostawiliśmy sanoczanom swobody i już na początku spotkania powinniśmy po sytuacjach Wieczorka i Koguta prowadzić. Po zmianie stron straciliśmy dwie głupie bramki - obydwie po rykoszetach, a trzeci gol dla rywali był już tylko konsekwencją naszego odsłonięcia się. Co dalej? Trzeba wygrać w piątek z Pogonią Leżajsk. Tabela bardzo się spłaszczyła i każde zwycięstwo powoduje przesunięcie się o kilka lokat w tabeli. Jeśli chodzi o mnie, to jestem przygotowany na rozmowy z zarządem. Uważam, że drużyna gra nieźle, jest wybiegana, wytrzymuje spotkania kondycyjnie, co świadczy o dobrym przygotowaniu do sezonu. Brakuje szczęścia. No i te dziury w obronie. Szukam wciąż nowych rozwiązań. Na przykład w Sanoku na pozycji ostatniego stopera wystąpił Obiedziński, któremu źle policzyłem żółte kartki i jednak mógł zagrać przeciwko Stali. Dlaczego nie udzieliłem po meczu wypowiedzi dziennikarzowi z krośnieńskiego oddziału "Dziennika"? Po prostu nie miałem wówczas nastroju do rozmów. Zresztą trener Stali powiedział o meczu wszystko i nie było nic do dodania.

Zdaniem prezesa

Antoni Poręba: - Porażka ze Stalą jest dla mnie dużym zawodem. Wygląda na to, że kryzys w drużynie ma głębsze podłoże. Myślę, że źródła tej złej passy tkwią raczej w głowach zawodników, w ich sferze psychicznej. Bo przecież grać w piłkę nie zapomnieli. Przewiduję, że jeszcze w tym tygodniu dojdzie do poważnej, męskiej rozmowy zarządu z trenerem. Trzeba zrobić wszystko, by temu złu jakoś zaradzić. Póki jest jeszcze czas. Jeśli zaś chodzi o zlekceważenie przez szkoleniowca dziennikarza, to ono również będzie przedmiotem rozmowy.

Z przesadnym respektem

Z porażką w Zabierzowie należało się z pewnością liczyć. Kmita to wszak czołowa ekipa trzeciego frontu, na dodatek nie leżąca sądeczanom. Kibice mieli jednak nadzieję, że po świetnym meczu z Hutnikiem, i w Zabierzowie Sandecja podejmie walkę. Istotnie, podjęła. Choć rywal miał przez większą część meczu dość wyraźną przewagę, wypracował sobie więcej sytuacji strzeleckich, to jednak zwycięskiego gola zdobył z wydumanego rzutu karnego (z serwowanych przez krakowską TV migawek niezbicie wynika, że Gryźlak nie faulował swego rywala). W końcówce goście bliscy byli wyrównania. Zabrakło szczęścia i precyzji. Szkoda. Punktów straconych nikt już nie odda. Pozostaje jednak świadomość, że na utracone trzecie miejsce w tabeli Sandecja szybko może powrócić. Pod warunkiem wtorkowego zwycięstwa z AKS Busko.

Zdaniem trenera

Janusz Pawlik: - Znając wartość rywala, do meczu podeszliśmy zdroworozsądkowo, to znaczy z dużą dozą ostrożności, z nastawieniem na uważną grę w defensywie. Pozwoliliśmy, by Kmita się wyhulał i kiedy wydawało się, że jego impet się wyczerpał, przyszedł ten nieszczęsny karny, wyciągnięty przez sędziego niczym królik z kapelusza. Z postawy zespołu jestem jednak zadowolony. Poczyna sobie zupełnie nieźle, choć do doskonałości oczywiście jeszcze daleko. Tak się składa, że sprzyja nam zarówno układ w tabeli, jak i zestaw par w najbliższej kolejce spotkań. Jeśli chodzi o podpisany przeze mnie kontrakt z klubem, to moje podejście do trenerskich obowiązków się nie zmieniło. Jestem jedynie trochę spokojniejszy.

Zdaniem piłkarza

Tomasz Szczepański: - Wiedzieliśmy, że Kmita to jeden z najmocniejszych kadrowo zespołów w lidze. Że grają w nim piłkarze, zaliczający się do ścisłej krajowej czołówki w futbolu halowym. Ma to istotne znaczenie: technikę, przyswojoną sobie na parkietach, wykorzystują na trawiastej murawie. Może więc do meczu podeszliśmy trochę zbyt bojaźliwie, dając sobie narzucić styl gry rywali. W drugiej połowie poczynaliśmy sobie bardziej ofensywnie i zabierzowianie nie mieli już tyle swobody. Na wyrównanie brakło czasu. Szkoda przerwania tej zwycięskiej passy, ale już w meczu z Buskiem postaramy się do niej nawiązać. Tym bardziej, że później czekają nas dwa ciężkie wyjazdy. Od ludzi słyszę, że przeżywam drugą młodość. Śmieję się, że to moje piąte odmłodzenie. Na boisku jestem jak pionek na szachownicy, który znajduje zrozumienie u partnerów. W życiu towarzyskim utrzymuję serdeczne kontakty z Adasiem Ciastoniem, Januszem Świeradem, Jarkiem Kandyferem i ten układ przekłada się na postawę podczas spotkań. Daniel Weimer

"Dziennik Polski" 2005-09-20

Autor: ab