Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Sześć godzin bólu

Treść

NOWY SĄCZ. Gigantyczne kolejki w oddziale ratunkowym spowodował w poniedziałek wykazujący objawy nietrzeźwości lekarz, który został już usunięty ze szpitala

Blisko sześć godzin czekali w poniedziałek na przyjęcie lekarza pacjenci Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Nowym Sączu. Powodem była nie tylko wyjątkowa liczba pacjentów, ale i niedyspozycja jednego z internistów, któremu ordynator SOR polecił opuścić miejsce pracy i iść do domu. Rozwiązano już z nim umowę o pracę. Kilka tygodni wcześniej pożegnano go z tych samych powodów w Sądeckim Pogotowiu Ratunkowym, gdzie pracował na kontrakcie.

Być może panu doktorowi udałoby się przeżyć trudne chwile w zacisznym spokoju gabinetu. Trafiła mu się jednak poniedziałkowa kumulacja, niezwykle trudny dyżur. W kolejce w szpitalnej izbie przyjęć czekało prawie dwieście osób. Pod gabinetami kłębiły się tłumy. Doktor H. był na tyle niewydajny, że ordynator pokazał mu drzwi i drogę do domu. Sam zakasał rękawy i zaczął przyjmować chorych. Wczoraj obaj dyrektorzy szpitala byli w Krakowie. Pełniący obowiązki ordynatora SOR dr Stanisław Kłodziński ograniczył się tylko do ogólnikowych wyjaśnień: - Potwierdzam poniedziałkowy zator z przyjmowaniem pacjentów i niedyspozycję jednego z lekarzy, za którego przejąłem dyżur - powiedział nam doktor Kłodziński.

- Potwierdzam poniedziałkowy zator z przyjmowaniem pacjentów i niedyspozycję jednego z lekarzy, za którego przejąłem dyżur - powiedział nam doktor Kłodziński. - Ten lekarz już w naszym szpitalu nie pracuje.

Dodzwoniliśmy się do dyrektora Artura Puszko, który potwierdził, że szpital pożegnał się z nieodpowiedzialnym lekarzem.

- Miał szansę, nie skorzystał z niej. U nas nie obowiązuje zasada, że "pierwsze winy darowiny". Nie zagrzał u nas długo miejsca. Pracował zaledwie miesiąc - powiedział doktor Puszko. - Będziemy się starali na bieżąco wypełniać kadrową lukę. Zabiegamy o tak zwaną akredytację, która umożliwi nam szkolenie lekarzy w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Dałoby nam to kilku etatów finansowanych przez resort zdrowia. Szkolący się lekarze pracowaliby jednocześnie na tym oddziale.

We wtorek do izby przyjęć przyszło blisko 120 osób. Oczekiwanie na przyjęcie do jednego z trzech dyżurujących lekarzy niewiele się skróciło. Ludzie tracili cierpliwość. Wielu z nich straciło także sporo energii na znalezienie oddziału, gdyż na próżno szukali napisu "Izba Przyjęć". Doktor Kłodziński utrzymuje, że taka jeszcze administracyjnie istnieje i służy wyłącznie do przyjmowania ludzi do szpitala. Natomiast od doraźnej pomocy jest ambulatorium.

Jak się zwał tak zwał, przyjęcia chorych odbywają się z tyłu głównego budynku. Do SOR zarówno karetki pogotowia, jak i zmotoryzowani pacjenci wjeżdżają od strony ulicy Młyńskiej, prosto w bramę i na lewo. Informacja o opłacie 5 zł, jak nas zapewnił wicedyrektor Marcin Rolka, jest czysto teoretyczna.

- Nikt jeszcze nie zapłacił za przywiezienie chorego - tłumaczy wicedyrektor Rolka. - Oznaczenia są. Nazwa "izba przyjęć" zniknęła już z naszego nazewnictwa. Chorzy przyzwyczajają się do nazwy "Szpitalny Oddział Ratunkowy".

Na pewno jednak nie przyzwyczają się do nieustających kolejek. Doktor Kłodziński wiele lat temu był szefem izby przyjęć w sądeckim szpitalu, gdzie też były kolejki, gdzie mieszali się chorzy przywiezieni przez pogotowie z przybyłymi po doraźną pomoc do szpitalnego lekarza. W tej chwili sytuacja jest już znacznie lepsza. Jest osobna droga dojazdu dla karetek i przekazania chorego.

Doktor Kłodziński przejął SOR niespełna miesiąc temu. Poniedziałkowy incydent z lekarzem tylko przyspieszył pewne działania dla poprawy obsługi pacjentów.

- Mamy swoich, zatrudnionych w SOR i posiłkujemy się specjalistami z oddziałów - mówi ordynator. - Stale są obecni: chirurg, internista i urazowiec. Mamy czasem kłopoty z drugim internistą. Właśnie wypisuję dokumenty na tę akredytację.

Doktor H. z tego samego powodu stracił pracę z końcem grudnia także w pogotowiu ratunkowym.

- Nie mogliśmy sobie pozwolić na dalszą współpracę z tym lekarzem, bo jednak zachowanie jednego rzutuje na wszystkich, a nam zależy na jak najlepszej opinii - powiedziała nam dyrektor pogotowia dr Danuta Cabak-Fiut. Wojciech Chmura

"Dziennik Polski" 2006-02-23

Autor: ab