Terror podwodnego pianisty
Treść
Dwie i pół godziny muzycznych wariacji i scenicznych szaleństw z Waldemarem Malickim, samozwańczym dyrektorem nowosądeckiego "Sokoła", z orkiestrą rzeszowskiej Filharmonii i solistami operowymi, to finał V Festiwal Wirtuozerii i Żartu Muzycznego Fun and Classic.
Trwał od tłustego czwartku, by zaiskrzyć wszystkimi możliwymi kolorami tej imprezy na koniec karnawału. Były parodie muzycznej klasyki, perwersyjne solówki operetkowe Renaty Drozd, skąpo ubrana podpowiadaczka z balkonu, śpiewacy operowi w roli gwiazd rocka i mistrz Malicki grający na leżąco, tyłem do fortepianu.
Maestro, jakby mu nie dość było sławy, zaszczytów i uwielbienia sądeckiej widowni, wyraźnie żądny władzy, dwa dni wcześniej dokonał zamachu na stołek dyrektora "Sokoła" Antoniego Malczaka, ogłaszając się szefem tej placówki. Ofiara, sięgając po swoje najwyżej sięgające znajomości, uzyskała zapewnienie z resortu kultury, że minister żadnych takich żartów tolerować nie będzie. Malczak odczytał stosowne pismo przyniesione w teczce. Teczka co prawda miała kolor biały, a nie czarny, jednak dokument na Malickiego w niej schowany był nie do podważenia.
- Waldemar Malicki - czytał dyrektor Malczak - jest ogólnonarodowym dobrem kultury i wiązanie go z jakąkolwiek konkretną placówką byłoby stratą dla widowni pozostałych.
Maestro, jakby mu nie dość było sławy, zaszczytów i uwielbienia sądeckiej widowni, wyraźnie żądny władzy, dwa dni wcześniej dokonał zamachu na stołek dyrektora "Sokoła" Antoniego Malczaka, ogłaszając się szefem tej placówki. Ofiara, sięgając po swoje najwyżej sięgające znajomości, uzyskała zapewnienie z resortu kultury, że minister żadnych takich żartów tolerować nie będzie. Malczak odczytał stosowne pismo przyniesione w teczce. Teczka co prawda miała kolor biały, a nie czarny, jednak dokument na Malickiego w niej schowany był nie do podważenia.
- Waldemar Malicki - czytał dyrektor Malczak - jest ogólnonarodowym dobrem kultury i wiązanie go z jakąkolwiek konkretną placówką byłoby stratą dla widowni pozostałych.
Pucz się nie udał. Dobro kultury chciało jeszcze zrobić z Malczaka konferansjera, ale ostatecznie uległo i zabrało się za festiwalową, konkretną robotę. Przed czynnościami opłaconymi z kontraktu, dobro dokonało prowokacji, aranżując obsypywanie siebie kwiatami przez nastolatki z jego fanklubu, które wtargnęły na salę i rzuciły się z histerycznym piskiem na scenę.
Ogólnonarodowa wartość kultury wciągnęła w swoje podstępne plany, realizowane zwykle w telewizji - a tym razem na żywo, bez znieczulenia - orkiestrę Filharmonii Rzeszowskiej, tenora Roberta Cieślę i jego brata Ryszarda, równego wzrostem, ale niższego głosem. Pastwiła się nad muzykami z orkiestry, kazała poważnym skądinąd śpiewakom wykonywać gorszące pląsy do przebojów rodem z dyskoteki. Renata Drozd z Teatru Muzycznego w Lublinie, właścicielka nie tylko powabnego głosu, została bezwzględnie przymuszona do udawania naiwnej amatorki z programu "Śpiewać każdy może". Broniła się jak mogła, odwracając uwagę widzów od walorów głosu ku innym swoim walorom.
Wyzywająco lichy przyodziewek, główny terrorysta wieczoru próbował nieporadnie tłumaczyć tym, że co prawda nie są parą, ale ma opracowane z wokalistką dwa numery. Zdezorientowanej publice przyszła z odsieczą młoda brunetka z balkonu. Poza tablicą informującą, kiedy i jak należy klaskać, nic już nie miała więcej ze sobą, a śladowo na sobie.
W ostatecznej desperacji, niedoszły dyrektor "Sokoła" upadł na ziemię przed fortepianem i rozpoczął recital na leżąco. Próbował wytłumaczyć swoje psychiczne załamanie tym, że na łodziach podwodnych, wskutek ciasnoty, pianiści zmuszeni są zrezygnować ze stołków. Na całe szczęście koncert dobiegł końca, organizatorzy wcisnęli wykonawcom kłujące róże do rąk i desperat nie zdołał już pokazać, jak się gra "na Małysza". Jeśli nikt tego procederu w Nowym Sączu nie ukróci, gotów to zrobić w przyszłym roku, bo się odgraża, że następny festiwal zrobi - i to międzynarodowy.
I pomyśleć, że taki poważny człowiek, jak Sławomir Chrzanowski, dyrygent przyzwoitej orkiestry z równie porządnego Rzeszowa, dał się w to wszystko wciągnąć. Co tu jest grane?! Wojciech Chmura
"Dziennik Polski" 2006-03-02
Autor: ab