Wieczór z Wertyńskim
Treść
KRYNICA-ZDRÓJ. Europejski Festiwal im. Jana Kiepury
Piosenki Wertyńskiego to rodzaj pamiętnika. Zaczynamy? Czy można prosić, byście państwo na chwilę zamknęli oczy? Jest rok 1917, Moskwa, teatr, na scenie Aleksander Wertyński. Ma 27 lat i już jest legendą. Bardziej sławnym od niego był tylko... Rasputin. Stoi ogromny, prawie dwumetrowy, uszminkowany, w kostiumie czarnego Pierrota. To już czwarty koncert tego dnia. Oczywiście wszystkie bilety zostały sprzedane. Okna szczelnie zamknięte. Za nimi rozpada się stary świat. Głód, nienawiść, tysiącami giną ludzie. Życie człowieka w Rosji nigdy nie było wiele warte. Ale Wertyński śpiewa, gdzie pani jest, kto ci całuje palce...
Tak zaczyna swój spektakl "Noc z Wertyńskim" Olena Leonenko, kijowianka od szesnastu lat mieszkająca w Polsce, czarująca (urodą, głosem i aktorstwem) artystka. Monodram złożony z kilkunastu pieśni (romansów), listów i wspomnień legendarnego rosyjskiego barda powstał w Teatrze Ateneum w Warszawie. Oprawę literacką tego przedstawienia przygotował Janusz Głowacki (znakomity pisarz zasiadł na widowni w sali Teatralnej Pijalni Głównej w Krynicy). Opiekę artystyczną sprawował Gustaw Holoubek. Scenografię zaprojektował Marcin Stajewski, a opracowanie muzyczne to dzieło Marka Walawendera, który na gitarze towarzyszył głównej bohaterce wieczoru.
Olena Leonenko współpracuje w Polsce z wieloma reżyserami. Dwukrotnie była stypendystką Fundacji Batorego. Chętnie sięga po ludowe pieśni ukraińskie i rosyjskie. Od dawna fascynuje ją niezwykła postać Aleksandra Wertyńskiego, który pisał teksty ballad, komponował do nich muzykę i sam je wykonywał na scenie. Uciekł z radzieckiej Rosji. Przez wiele lat szukał swojego miejsca na świecie. Występował m. in. w Polsce, gdzie stał się ulubionym pieśniarzem marszałka Józefa Piłsudskiego. Mieszkał w Berlinie, Paryżu i Stanach Zjednoczonych. Podróżował, tworzył, koncertował i - jak przystało na mistrza romansów (gatunek muzyczny i literacki) - także romansował. Związany był m. in. z Marleną Dietrich. Śpiewał też w Chinach. W roku 1943, za zgodą Stalina, wrócił do Kraju Rad. Nie z przekonania do komunizmu, ale z tęsknoty za ojczyzną. Tu dawał tysiące koncertów, ale w oficjalnej opinii publicznej był pomijany. Zmarł w Leningradzie w roku 1957.
"Wielu artystów próbowało śpiewać Wertyńskiego. Na rozmaite sposoby: ironicznie, heroicznie i kiczowato. Olenie Leonenko udało się coś niezwykłego. Śpiewa jak Wertyński, ale jest jednocześnie bohaterką jego opowieści. Jest współczująca i godna współczucia, krzywdząca i krzywdzona, ironiczna i tragiczna. Kradnąca uczucie i z niego okradana" - tak o artystce, którą gościliśmy w środę w Krynicy, powiedział Janusz Głowacki.
I trzeba się z nim zgodzić. Spektakl jest słowno-muzyczną opowieścią o losach człowieka, poplątanych podobnie jak życie Włodzimierza Wysockiego i Bułata Okudżawy, naznaczonych wojną, dramatycznymi przeżyciami osobistymi i narodu, z którego się wywodził. Spektakl z początku wydaje się nieco monotonny (może z powodu nazbyt delikatnej i mało zróżnicowanej gitarowej muzyki). Kolejno słyszymy m. in. piosenki o "Liliowym Negrze", "Maleńkiej Baletnicy", "Balu u Pana Boga", "Pani Irenie", "Marlen"... Później jednak wciąga widza, który przed finałem zapewne zadaje sobie pytanie: ile w tej historii zawartych jest przeżyć emigranta Wertyńskiego, a ile emigrantki Oleny Leonenko?
Piotr Gryźlak
"Dziennik Polski" 2006-08-18
Autor: mj