Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Za "psychiatryków"

Treść

NOWY SĄCZ. Zarząd Osiedla Stare Miasto złożył wczoraj rezygnację z pełnionej funkcji. Działacze osiedlowi obrazili się za komentarze radnych do ich listu otwartego, odczytanego na ostatniej sesji przez radną Teresę Cabałę.

W liście Zarząd nazywa propozycję konsultacji społecznych w sprawie połączenia osiedli Centrum i Stare Miasto "(...) podstępnym planem, który ma położyć kres wszelkiej działalności Zarządu Osiedla (...)". Skutkiem, jak uważają działacze Zarządu, miało być ich odwołanie po niespełna rok od wyborów. W piśmie znalazła się również sugestia, że Klub Radnych "Prawica" ma swojego kandydata na przewodniczącego Zarządu dwóch połączonych osiedli. Część pytań-zarzutów autorzy listu otwartego skierowali pod adresem Macieja Kurpa, przewodniczącego Komisji Statutowej Rady Miasta, jednego z autorów projektu uchwały.

Ten, zbulwersowany obraźliwymi sformułowaniami i niezrozumieniem idei społecznych konsultacji przez autorów listu, stwierdził, że Zarząd Osiedla uważa się za "pępek świata", traktując próbę uporządkowania granic osiedli, jako zamach na siebie. W emocjach nazwał list, podpisany przez 270 mieszkańców, "pismem z psychiatryka".

Nie tylko Kurp poczuł się dotknięty tonem listu. Krytykował go także Jerzy Wituszyński, przewodniczący Klubu Radnych "Prawica", który to Klub został uznany przez autorów listu za prowodyrów spisku przeciw Zarządowi Osiedla Stare Miasto.

Wczoraj obrażona przewodnicząca Ewa Arendt i solidarnie z nią pięciu pozostałych członków Zarządu Osiedla złożyło rezygnację. Dołączyli do niej kolejny list otwarty.

Piszą w nim, że powodem decyzji jest brak kultury niektórych radnych, którzy nazwali Zarząd oraz mieszkańców Starego Miasta "psychiatrykami" (to słowa radnego Kurpa) oraz obrazili chorych ludzi słowami "strzykawkowcy" i "insulinowcy" (to wyrażenia radnego Józefa Hojnora). "Podczas sesji wypowiedziano wiele słów niegodnych radnego. Możemy stwierdzić, że niektórzy radni uważają ratusz za swój prywatny folwark. Współpraca, a nawet kontakt z takimi radnymi budzi obawę, a nawet grozę każdego normalnie myślącego obywatela. Mamy nadzieję, że nasze ustąpienie z Zarządu spowoduje zadowolenie tych radnych, którzy uważali, że chcieliśmy być "pępkiem świata".

- Może zawiedliśmy ludzi, którzy na nas głosowali w wyborach, ale ustępujemy z szacunku dla naszej koleżanki - przewodniczącej, która po sesji postanowiła zrezygnować - mówi Leokadia Sławecka.

Ta niespodziewana reakcja Zarządu SM zaskoczyła radnego Macieja Kurpa, który bynajmniej nie czuje się winny.

- Spodziewałem się raczej przeprosin ze strony autorów listu. Jego treść to była manipulacja rzeczywistością, wynikająca albo z niezrozumienia idei społecznych konsultacji, które oddają decyzję w sprawie łączenia dzielnic ich mieszkańcom, albo ze złej woli. Autorzy robią zły użytek z demokracji, wprowadzając w błąd ludzi, których skłonili do podpisania się pod listem. Siali przed nimi wizję zagrożenia, które nie istnieje - mówi Kurp.

Przewodniczący Rady Miasta Jacek Chronowski, choć przyznaje, że list przeczytany przez radną Cabałę mógł obrażać niektórych radnych, uważa, że jednak powinni byli zachowywać się bardziej powściągliwie, oszczędzając zebranym na sali i telewidzom dosadnych komentarzy.

- Pokazaliśmy się w niezbyt dobrym świetle. Niepotrzebnie - uważa przewodniczący. - Na wniosek Klubu LPR skreśliliśmy wątek łączenia osiedli Stare Miasto z Centrum oraz Gołąbkowic z Westerplatte z tematów do konsultacji z mieszkańcami. I na tym sprawa powinna była się zakończyć - uważa Chronowski.

Zgodnie ze statutem zarządów osiedlowych, do czternastu dni od dnia rezygnacji Zarządu, prezydent zwołuje zebranie wyborcze, które ma wyłonić nowy zarząd.

(MONK)

Z igły widły

I po co tyle emocji wokół konsultacji społecznych? Projekt uchwały zakładał, że mieszkańcy wypowiedzą się w ankietach: czy chcą, czy nie chcą zmiany granic osiedli, a w dwóch przypadkach ich połączenia. Czemu tak bardzo ten fakt przeraził Zarząd Starego Miasta? Przecież w sile dwustu siedemdziesięciu podpisanych pod listem mogli zakreślić w ankiecie "nie", zachowując dotychczasowy stan.

Nawet jeśli za działaniami radnych kryło się jakieś sugerowane w liście polityczne drugie dno, to - jak to w demokracji - zdecydowałaby większość. A tak nie ma ani konsultacji, ani zarządu.

W potyczce na inwektywy niedobrze wypadli zarówno autorzy listu, jak i radni, bądź co bądź reprezentujący wyborców, którzy maja prawo oczekiwać od nich większej klasy.

"Dziennik Polski" 2005-07-15

Autor: ab