Zadecydowały względy ambicjonalne
Treść
Rozmowa z Mirosławem Hajdo, nowym trenerem piłkarzy Kolejarza
Kto i w jaki sposób przekonał Pana, by zdecydować się na przyjęcie propozycji Kolejarza?
- Zawsze, odkąd zostałem trenerem, dążyłem do tego, by pracować w jak najwyższej klasie rozgrywkowej. Alwernia, którą dotychczas prowadziłem, występuje w czwartej lidze. Kolejarz aspiruje do ligi drugiej, ma konkretne, możliwe do zrealizowania plany. Wnioski nasuwają się same.
Nie odpowiedział Pan, kto Panu złożył propozycję...
- Zatelefonował do mnie stary przyjaciel Darek Wójtowicz z informacją, że mogę się spodziewać oferty ze strony stróżan. W istocie, wkrótce taką ofertę przekazał mi menedżer klubu Grzegorz Kogut.
Długo się Pan nad nią zastanawiał?
- Bardzo długo. Musiałem się z tym przespać, rozpatrzyć wszystkie za i przeciw. Wiedziałem, że jeśli powiem "tak", podejmę ogromne wyzwanie. Dla ostatecznego postanowienia decydujące okazały się względy ambicjonalne.
Nie finansowe?
- Te oczywiście też wchodziły w rachubę, w tym jednak konkretnym przypadku nie one przesądziły o mojej decyzji.
Na jak długo związał się Pan z klubem ze Stróż?
- Nie określaliśmy konkretnej daty. Powiedzmy, że jest to na razie kontrakt bezterminowy.
Postawiono przed Panem jakiś konkretny cel?
- To bardzo ważne, że nikt mi nie powiedział, że mam za wszelką cenę awansować do drugiej ligi. Nie istnieje więc presja wyniku. Ja jednak wiem doskonale, czego chcą dopiąć w tym sezonie działacze Kolejarza.
Czy ten awans jest, w Pańskim odczuciu, realny?
- Tak, już mówiłem, że jest realny. Biorąc pod uwagę wartość kadry zawodniczej Kolejarza. Tworzą ją w większości piłkarze, mający za sobą pierwszo i drugoligową przeszłość, dysponujący ogromnym doświadczeniem i nie mniejszym piłkarskim potencjałem.
Rzecz w tym, by ten kapitał w odpowiedni sposób spożytkować...
- Zgadza się. Uważam, że stać mnie na znalezienie z piłkarzami wspólnego języka, dotarcie do ich psychiki, przekonanie do celowości podjęcia walki o ten upragniony awans. Wszyscy w końcu jedziemy na tym samym wózku, zwyciężanie w kolejnych spotkaniach leży w naszym wspólnym interesie.
Kolejarz jest pierwszą drużyną trzecioligową, którą Pan samodzielnie prowadzi?
- Ależ skąd! Przed sześcioma laty byłem trenerem grającej wówczas właśnie w trzeciej lidze Cracovii, którą udało mi się uratować przed degradacją. Po mnie zespół przejął Wojtek Stawowy, a jak wysoko z nią zaszedł, nie trzeba chyba nikomu przypominać. Mogę więc trochę nieskromnie zauważyć, że i ja wmurowałem swą małą cegiełkę w fundamenty obecnej pozycji "pasów".
Nikt, uchowaj Boże, nie życzy Panu niepowodzenia w nowym dla siebie otoczeniu. Nie sposób jednak wykluczyć ewentualności, że noga się Panu powinie i Kolejarz nie zrealizuje zamierzonego celu. Nie obawia się Pan, że taki klops może negatywnie wpłynąć na przebieg jego dalszej kariery?
- Podobne ryzyko wpisane jest w pracę każdego trenera. Bez względu na to, czy prowadzi on Barcelonę, Legię Warszawa, Cracovię, czy Kolejarza Stróże. Drużyna może grać super, szkoleniowiec swoje obowiązki wykonywać wzorowo, przykładać się do swych powinności, a nie dopisze szczęście i wszystkie plany diabli biorą. Jestem na to przygotowany, choć oczywiście staram się wykluczyć podobną możliwość.
Czy pracował już Pan z którymś z piłkarzy z obecnej kadry zespołu ze Stróż?
- Nie, nie pracowałem. Kilku jednak oglądałem w akcji na boisku, wyrobiłem sobie o nich opinię. Jest bardzo pochlebna.
Nie zna więc Pan zespołu, z którym już w środę, po zaledwie jednym treningu, przyjdzie Panu rozegrać w Uściu Gorlickim mecz o Puchar Polski. Kto ustali skład na te zawody?
- Skorzystam z podpowiedzi Darka Wójtowicza. On zasugeruje mi, którzy gracze powinni wybiec na boisko, a którym należy dać dzień odpoczynku. W niedzielę czeka nas przecież niełatwa potyczka o punkty z broniącą się przed spadkiem z trzeciej ligi Stalą Sanok.
Na koniec chciałbym zahaczyć o kwestie osobiste. Wiem, że przyjaźni się Pan z sądeczaninem Leszkiem Gargulą. Pracowaliście razem w Cracovii, wspólnie uczyliście w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Krakowie...
- I nasze drogi wciąż się krzyżują. Leszek we wtorek został oficjalnie trenerem Alwerni. Zajął tam zwolnione przeze mnie miejsce.
Rozmawiał: DANIEL WEIMER, "Dziennik Polski" 2007-04-11
Autor: ea