Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Zagłada zamku

Treść

18 stycznia 1945 roku o godz. 5.20 sądeczan zbudził potężny huk eksplozji. Już po kilku godzinach nawet na najdalszych krańcach miasta wiedziano: sądecki zamek wyleciał w powietrze.



Wiadomo, że Niemcy zgromadzili tam pokaźne zapasy materiałów wybuchowych (niektórzy piszą nawet o kilkuset tonach) w celu podminowania i zniszczenia Nowego Sącza. To ich eksplozja obróciła zamek w gruzy. Dzięki temu miasto ocalało. Taka jest oficjalna, od dziesięcioleci obowiązująca teza.


Ponoć w niektórych budynkach wywiercono już nawet otwory minerskie. Ale...


Ale zdaniem wielu osób, krytycznie patrzących na tamte wydarzenia, to nie było już możliwe. Niszczenie też jest umiejętnością, a im większy jest jego planowany zakres, tym więcej wymaga ludzi, środków i czasu. A tego ostatniego właśnie zabrakło. Niemcy jak ognia bali się - poniekąd słusznie - radzieckiej niewoli, więc w sytuacji, gdy w kierunku Nowego Sącza parła grupa szybka 38. armii w składzie: 31. i 42. brygada pancerna oraz 894. pułk piechoty płk. Tomiłowskiego, raczej myśleli o własnej skórze, a nie o zniszczeniu "bandyckiego miasta". Tymczasem w Nowym Sączu już bardzo wyraźnie słyszeli huk radzieckich dział i ryk katiusz, które jak dwie nieubłagane wskazówki zegara przeznaczenia odmierzały im czas odwrotu - lub śmierci. I to szybko: radzieckie wojska między 15 a 20 stycznia przesunęły się o 90 km!


Miasto nie miało być bronione. Wojska niemieckie wycofywały się w kierunku "zaprzyjaźnionej" Słowacji, myśląc jedynie o uniknięciu zagłady. Czy więc sądecki zamek był kolejną, bo nie ostatnią przecież, niepotrzebną ofiarą tej wojny?


Na zasadnicze pytanie: skąd wiadomo, że śmierć zamku ocaliła miasto? - pada odpowiedź, że "wszyscy o tym wiedzą". Tymczasem wątpliwości na ten temat były zawsze. Nie brakuje ich również dziś.


(jaz)


Szerzej w jutrzejszym wydaniu "Dziennika Nowosądeckiego"

"Dziennik Polski" 2005-01-17

Autor: kl